Jak zapewnić dziecku sukces

Szczęśliwe dziecko jak zapewnić dziecku sukces

Ile wolno nam odebrać dziecku z dzieciństwa, aby zapewnić mu sukces w dorosłym życiu? To pytanie pozostanie bez łatwej odpowiedzi, ale sukcesu pragną dziś niemal wszyscy.

80 procent rodziców chce, aby ich dzieci skończyły studia…

a między 2003 a 2004 rokiem aż o jedną piątą wzrosły w polskich rodzinach wydatki na edukację, zwłaszcza na zajęcia pozalekcyjne. Już 26 proc. rodziców opłaca dzieciom dodatkowe lekcje z języków, 18 proc. zajęcia sportowe, 9 proc. – artystyczne, a 8 proc. – korepetycje i kursy przygotowawcze. Gdzie w tej metodzie zaczyna się szaleństwo? W jaki sposób zachować zdrowy rozsądek? I w którym momencie powiedzieć „stop” i przegonić dziecko znad książek na podwórko?

Oto nasi bohaterowie: 5,5-letni Robert, 9-letnia Wiktoria, 11-letnia Marta i 15-letni Marek. Dzieci starannie wychowywane. Rano basen, potem szkoła, odrabianie lekcji, angielski, warsztaty plastyczne i lekcja tenisa, wieczorem może jeszcze nauka tańca lub aikido. One kują i ćwiczą, a rodzice kartkują poradniki i przeglądają strony internetowe, czy aby nie przeoczyli jakiejś nowinki edukacyjnej. Bo dziś nie wystarczą już nawet najlepsze studia – trzeba znać kilka języków, mieć szerokie zainteresowania, uprawiać sporty i mieć ciekawe hobby. Szkoła, nawet najlepsza, tego wszystkiego nie zapewni.

Druga strona medalu

Ale jest też druga strona sukcesu, wyssanego z mlekiem matki. Historia Tomka Mazurkiewicza, jedynaka urodzonego w bogatej i kochającej rodzinie. Zawsze był najważniejszy, najwspanialszy, najzdolniejszy. W dzieciństwie próbował prawie wszystkiego. Kiedy zamarzył mu się futbol, mama zapisała go do klubu juniorów. Zapałał wielką miłością do deski snowboardowej – rodzice wysłali go na obóz w Alpy. Gdy po powrocie stwierdził, że lepsze będzie modelarstwo, jego pokój zapełnił się samolotami. Bez najmniejszych problemów dostał się do najlepszego krakowskiego liceum, gdzie oczywiście brylował. Tajników reklamy uczył się w Londynie.

Ze znalezieniem pracy w najlepszej agencji reklamowej w Warszawie nie miał żadnych problemów. Wytrzymał pół roku, dokładnie tyle, ile trwał zachwyt szefów nad jego talentem. Gdy na horyzoncie pojawił się rywal i odebrał mu palmę pierwszeństwa, Tomek natychmiast złożył wypowiedzenie. Ten sam mechanizm działał w kolejnych firmach, a także w życiu osobistym. Jego mama nie może zapamiętać imion kolejnych narzeczonych, bo tak szybko się zmieniają. I wciąż nie wie, co zrobiła nie tak.

Czy można ustrzec dziecko i siebie przed takim losem?

Jak znaleźć złoty środek między potrzebami dzieciństwa a batalią o udaną dorosłość? Jak nie odebrać im szansy na sukces zawodowy, a jednocześnie nie zrobić z nich emocjonalnych kalek?

– Świat się zmienia, a rodzice, którzy tego nie dostrzegają i chcą wychowywać swoje dzieci tak jak ich wychowywano, pielęgnując obraz sielskiego, nieskażonego nadmiarem obowiązków dzieciństwa, stawiają je z góry na przegranej pozycji – twierdzi doktor psychologii Elżbieta Supryn. Ale niemal natychmiast dodaje, że mając nawet najlepsze chęci, bardzo łatwo przesadzić. A to prosta droga do gabinetu psychologa i pytań, dlaczego ukochane dziecko, w które włożyliśmy tyle starań i środków, nie jest szczęśliwe.

– A może tych starań i wiedzy wtłaczanej do głowy było po prostu za dużo? – mówi Justyna Święcicka, psycholog dziecięcy.

Robert Waliszewski, 5,5 roku

Wstaję wtedy, gdy budzi się słońce. Jem śniadanie i idę do przedszkola. Chodzę na tańce, gimnastykę, jujitsu, muzykę, basen, łyżwy, ale najbardziej lubię piłkę nożną. Sam sobie wybrałem te zajęcia. Uczę się angielskiego i niemieckiego. W wakacje jeżdżę z rodzicami do takich krajów, gdzie mówi się po angielsku i gdzie jest ciepłe morze. Tam na plaży rozmawiam z dziećmi i jak nie mówią po angielsku, to ich trochę nie rozumiem. Jak wracam do domu po przedszkolu, to najbardziej lubię grać na komputerze w gry. Mamy ani taty nie ma, bo muszą dużo pracować. Pilnuje mnie niania Kasia, ona jest fajna. Na podwórko nie wychodzę, bo mieszkamy w willi, a tam nie ma podwórka. Kolegów mam tylko w przedszkolu. Czasem mama mi pozwala pobawić się z Anią, córką sąsiadów. Jak będę duży, to będę pracował przy komputerze i będę miał dużo pieniędzy. Wojtek chciałby być policjantem, ale ja nie chcę, bo taki policjant wraca późno do domu, bo większość złodziei działa w nocy. Chciałbym też mieć stajnie, bo wtedy mógłbym jeździć na koniu, robić patataj.

Rodzice Roberta

mama chłopca jest menedżerem, a tata biznesmenem – nie mają wprawdzie dla syna zbyt wiele czasu, ale robią wszystko, aby jak najmilej, najefektywniej i najpożyteczniej zorganizować mu dzień. Na przedszkole i zajęcia dodatkowe wydają miesięcznie ponad dwa tysiące złotych. Stosują się do najnowszych teorii psychologicznych intensywnego wychowywania (terminu tego po raz pierwszy użyła Sharon Hayes, angielska socjolog z Uniwersytetu Yale w swojej pracy „The Cultural Contradictions of Motherhood”), które mówią – ujmując rzecz skrótowo – że czas i środki zainwestowane w dziecko zaprocentują w przyszłości, niczym kapitał zainwestowany w akcje Microsoftu. Robert – rezolutny chłopczyk – jest w tym okresie życia, kiedy człowiek jest najbardziej żądny wiedzy. Chłonie świat jak gąbka. „Jego umysł jest zdolny do niewyobrażalnych wręcz osiągnięć i może sprostać prawie każdemu zadaniu, jakie mu przedstawimy” – pisze David Lewis w książce „Jak wychować zdolne dziecko”.

Po latach zachwytu nad intelektem psycholodzy dochodzą do gremialnego wniosku, że sukces wychowania to nie tylko edukacja, ale pobudzanie sfery emocjonalnej dziecka, a więc słynna inteligencja emocjonalna. – Na sukces dziecka w dorosłym życiu tylko w 20 procentach ma wpływ jego intelekt – twierdzi Daniel Goleman, wykładowca Harvardu. Problem polega zaś na tym, że inteligencja emocjonalna nie jest cechą wrodzoną. Trzeba ją kształtować w dzieciach po to, by potrafiły wykorzystać swoje wrodzone zdolności.

Rodzice Roberta zdają sobie z tego sprawę, dlatego zależy im, żeby chłopiec miał nie tylko kolegów w przedszkolu, ale też jak najczęściej spotykał się ze swoją małą sąsiadką i nie interweniują, kiedy dzieci o coś się pokłócą. Duże nadzieje pokładają też w zajęciach z piłki nożnej – tam Robert uczy się, jak działać w grupie i walczyć o swoje.

Brak równowagi

– Zdarzają się rodzice, którzy równie starannie wychowywali swoje potomstwo, nie żałując pieniędzy na ich kształcenie, ale nie zachowali równowagi pomiędzy nauką a kontaktami rówieśniczymi. I potem szukają pomocy u specjalisty, zadając znamienne pytanie: „Czy mogłaby pani nauczyć dziecko emocji?” – opowiada Justyna Święcicka. Dodaje, że na szczęście coraz więcej osób rozumie, iż uczuciowa sfera ludzkiej osobowości pełni w życiu nie mniej ważną rolę od edukacji.

Jak ważną? Ci, którzy nie wykształcili jej w dzieciństwie – do 15. roku życia – wyrastają na emocjonalne kaleki. Chłodni, odbierający świat czysto racjonalnie, potrafią wszystko wyjaśnić, ale nie potrafią odczuwać.

Zwykle nie są zdolni do nawiązania głębszych relacji z innymi ludźmi, łatwo popadają w depresję. A w dojrzałym wieku nauczyć kogoś emocji jest znacznie trudniej niż języków obcych, na które zabrakło czasu w dzieciństwie. Umiejętności społeczne czy zdolność empatii można w sobie wykształcić tylko w wyniku wychowywania się w towarzystwie innych ludzi – rodziców oraz przyjaciół – i pozostawania z nimi w bliskich relacjach.

Przyjaźnie i rówieśnicy

Przyjaźnie z rówieśnikami stają się zresztą od pewnego momentu nawet ważniejsze. „Poprzez zabawę z innymi dziećmi dziecko uczy się negocjować, targować, sięgać po kompromis, kontrolować gniew, ćwiczyć asertywność, radzić sobie z odrzuceniem, z samotnością oraz wielu innych umiejętności społecznych, których nie nabyły w zabawie z dorosłymi, gdyż już sama jego obecność pełni funkcję kontrolującą, ograniczającą i ochraniającą” – pisze prof. Hugh Foot, psycholog dziecięcy, w książce „Wychować szczęśliwe dziecko”.

Tylko tyle albo aż tyle. Bo coraz większa grupa intensywnie kształconych dzieci nie ma szans zdobyć tych doświadczeń. Wskakujące naprędce do samochodu, w drodze na kolejne dodatkowe zajęcia, słowo „podwórko” znają tylko z opowieści rodziców.

Katarzyna Kołodziej, mama 8-letniej Jagi, mieszkająca w zabytkowej kamienicy w centrum Warszawy, nie wyobraża sobie córki bawiącej się „gdzieś na podwórku”.

– A pedofile, porwania dzieci, pijani dresiarze? – wymienia jednym tchem. Mała Jaga może się więc bawić tylko u koleżanki dwa piętra wyżej. Zawsze pod okiem kogoś dorosłego. I może nigdy nie dowie się, czym jest nieskrępowana dziecięca zabawa.

– Najgorsza krzywda, jaką można wyrządzić dziecku, to zapewnienie mu powierzchownych kontaktów rówieśniczych – mówi dr Elżbieta Supryn. I opisuje: – Godzina na basenie, godzina na angielskim, dwie godziny baletu. Gdy kurs się kończy, wszyscy mówią sobie cześć i bezboleśnie rozchodzą się do własnych domów. Żadnych głębszych więzi międzyludzkich, bliższych związków, zwarć.

Doszło do tego, że umiejętności, które poprzednie pokolenia zdobywały, rozpychając się łokciami na szkolnych korytarzach i nabijając sobie guzy, współczesne dzieci zdobywają pod okiem instruktorów na specjalnie zaprogramowanych kursach. – Uwaga! Za chwilę okaże się, kto dostanie złoty medal – słychać głos przedszkolanki, która prowadzi zajęcia z asertywności w Europejskim Przedszkolu Dwujęzycznym. Pani rzuca między siedzące na dywanie maluchy garść cukierków, a pięciolatki tratują się wzajemnie i popychają łokciami, by zdobyć dla siebie słodką landrynkę. Tak w cieplarnianych warunkach uczą się walczyć o swoje. W szkole podstawowej psycholodzy będą uczyć je empatii. W dorosłym życiu za kursy wiary w siebie będą już pewnie płacić z własnej kieszeni. Lepiej więc pozwolić, aby dziecko miało szansę zmierzyć się ze światem w naturalnych warunkach, nawet jeśli będzie to czasem bolało.

Wiktoria Nestoruk, 9 lat

Uczę się angielskiego, bo jak by się człowiek porozumiał z innymi ludźmi? Z książkami by chodził? Musi umieć. Moja szkoła jest bardzo fajna. Mama ją znalazła i mówi, że ona ma tytuł „Szkoły z klasą”. Na angielski chodzę dwa razy w tygodniu dodatkowo. Trzy razy w tygodniu mam zajęcia z tabliczki mnożenia. Robimy tam różne działania. Ja po prostu kocham matematykę i jestem z niej bardzo dobra. Chodzę też na tańce i umiem już tańczyć hip hop i robić break dance na podłodze, taki jak się kręci na plecach i macha nogami. Jeżdżę na rowerze, na hulajnodze i na rolkach. Pływam w basenie i uwielbiam komputery. Chodzę nawet na specjalny kurs komputerowy. Aha, i jeszcze chodzę na baśnie, pani czyta baśnie, a my potem odgrywamy różne scenki. Z koleżankami spotykam się w szkole, ale mam kilka przyjaciółek koło domu, z którymi czasami się bawię i kłócę. Niestety, nie zawsze wygrywam. Nie mam czasu się nudzić, a jak już nic nie mam do roboty, to oglądam telewizor. Zostanę weterynarzem, bo strasznie kocham koty, psy i króliki, a mama mi nie pozwala ich trzymać w domu. A ja mam bardzo dobrą rękę do zwierząt, bo wsadziłam kiedyś kotu tabletkę do buzi i wyzdrowiał.

Samotna mama

Mama Wiktorii sama wychowuje córkę, ale stać ją, żeby dziewczynce opłacić kółka zainteresowań. Mała sama je sobie wybrała, matce do głowy by nie przyszło, aby „nakłaniać dziecko do przyjemności”. Czasem musi ją tylko pogonić do nauki, bo „Wiki lubi się uczyć, ale czasem jej trzeba o tym przypomnieć”. Prócz książek dziewczynka ma jeszcze obowiązki w domu: pomaga mamie w sprzątaniu, podlewa kwiatki, potrafi zrobić drobne zakupy. Sama wraca ze szkoły, odrabia lekcje, samodzielnie biega na dodatkowe zajęcia.

Matka przyznaje, że to sytuacja wymusza wcześniejszą dojrzałość emocjonalną niż ta, która jest udziałem rówieśnic Wiki, ale przecież dorosłe życie, jakie ją czeka, też nie zawsze będzie sielanką. I w przyszłości panna Wiktoria najprawdopodobniej poradzi sobie z podejmowaniem decyzji i odpowiedzialnością dużo lepiej niż jej wychowani w cieplarnianych warunkach koledzy.

– Dziecko w naturalny sposób wchodzi w strukturę społeczną. Uczy się, że nie jest pępkiem wszechświata – zauważa Isabella Tornberg, psychoterapeutka, dodając, że w swojej praktyce spotkała wiele osób, które po dziurki w nosie napełnione były wiedzą oraz różnymi pożytecznymi umiejętnościami i miały tylko jeden problem: nie umiały poradzić sobie z dorosłością.

Marta Sałek, 11,5 roku

Jestem szczęśliwa. Uwielbiam muzykę, nawet nie wiem, skąd mi się to wzięło. Podobno dziadkowie byli tacy muzykalni. Chodziłam do przedszkola muzycznego, a potem wierciłam rodzicom dziurę w brzuchu, żeby mnie zapisali do szkoły muzycznej podstawowej i w końcu mnie zapisali. Tata trochę się bał, mówił, że to za wcześnie, żeby się decydować na wybór drogi życiowej i że to jest wielki wysiłek. Teraz jestem w trzeciej klasie i uczę się grać na fortepianie. Tam chodzą bardzo fajne dzieci, wszyscy uwielbiamy muzykę, a jak robiłam imprezę, to każdy grał na swoim instrumencie i rodzice byli zadowoleni, bo nie nabałaganiliśmy w domu. Chyba jednak nie będę muzykiem. Na razie chciałabym zostać biologiem albo architektem zieleni. W szkole mam bardzo dużo zajęć i późno wracam do domu, tak około 17. Do zeszłego roku chodziłam na plastykę, uczyłam się garncarstwa, malarstwa i rysunku. Nie lubię uczyć się angielskiego, ale się uczę, bo tak trzeba. Chodzę też na francuski, a w wakacje pojadę na miesiąc do Francji do znajomych i będę mogła szlifować język. Dwa razy w tygodniu chodzę też na basen, ale nie na wygłupy, tylko uczę się tam pływania synchronicznego. Gram też w zespole ludowym Vistula na cymbałach, basetli i lirze korbowej.

Świat sztuki

Świat muzyki, sztuki i wysokiej kultury, jaki kształtuje Martę w szkole, zachwyca matkę dziewczyny, ale niepokoi jej tatę, który obawia się, że córka w realnym życiu może boleśnie zderzyć się z rzeczywistością. To nie jest szkoła zwyczajnych dzieciaków.

Nikt nie krzyczy na korytarzach, nie biega jak oszalały, nikt się nie bije. Wszyscy są grzeczni. – Ale czy taki będzie dla nich świat za murami? – zastanawia się Adam Sałek.

Psycholog Jacek Santorski przyznaje, że wątpliwości taty Marty są słuszne. Bo w dorosłości bardzo liczą się też samodzielność i wyczucie społeczne, a wtedy dzieciaki wychowane przy trzepaku mogą wygrać z wypielęgnowanymi, wyedukowanymi, ale odizolowanymi od normalnej rzeczywistości. – Wyścig szczurów wygrywają ci, którzy potrafią sami stawiać sobie cele i je osiągają. A tę umiejętność samosterowności posiadają zwłaszcza dzieci, które nie są wychowane pod kloszem. One zapewnią sobie w przyszłości miejsce i autorytet w firmie – mówi Santorski.

Badania przeprowadzone przez Daniela Golemana pokazują, że w biznesie najlepsze osiągnięcia mają ci, którzy są nie tylko dobrze wyedukowani, ale także wiele doświadczyli w dzieciństwie. W innym przypadku zdolni uczniowie stają się zaledwie przeciętnymi pracownikami, a ci z najwyższym ilorazem inteligencji czasem nawet z trudem radzą sobie w życiu.

Marek Szeliski, 15 lat

Od najmłodszych lat rodzice starali się pokazać mi jak najwięcej świata. Zapisywali mnie na najróżniejsze zajęcia: języki, tenis, pływanie, snowboard, windsurfing, modelarstwo, akrobatyka sportowa. Angielskiego i niemieckiego zacząłem się uczyć w podstawówce. Jestem dość wysportowany, raczej nie mam kompleksów. Do tego stopnia, że mam wciąż kłopoty w szkole: kłócę się czasem z nauczycielami, ale nie, bardziej dyskutuję. Ale mama wciąż jest wzywana do szkoły na rozmowy w sprawie mojego zachowania. Nie lubię sytuacji, w których muszę się podporządkowywać. I mama bardzo się z tego powodu martwi. Martwi się też tym, że nie mam żadnych szczególnych uzdolnień, a w dodatku interesuję się autami. Pewnie wciąż się boi, że zostanę mechanikiem samochodowym, a to byłoby poniżej jej wyobrażeń. Ale na szczęście odpuściła i zaakceptowała moje hobby. Nawet inwestuje w nie – ostatnio kupiła mi książkę „Podstawy teorii jazdy rajdowej” – i pozwala czasem potrenować koło domu jazdę jej autem. Nie ma też za złe, kiedy razem z przyjaciółmi godzinami gadamy o silnikach i o tym, co zrobić, żeby zostać kierowcą rajdowym.

Ale nie każdy rodzic jest tak wyrozumiały, jak mama Marka. Przekonanie, że dziecko można zaprogramować na własną modłę, jest wszechobecne w środowisku tych, którzy traktują dzieci jak przysłowiowy skarb.

„To jasne, dzieci rodzą się różne, ale to nie problem. Wystarczy dodać mieszaninę miłości, ograniczeń, okresów wykluczeń i zabawek edukacyjnych. Voila. Oto szczęśliwa, inteligentna, społecznie wyrobiona, wierząca w siebie osoba” – pisze z sarkazmem Judith Rich Harris, autorka bestselleru „Geny czy wychowanie”.

I jej sceptycyzm ma podstawy. Hodowani w cieplarnianych warunkach przyszli czempioni przeżywają w wieku 12-13 lat syndrom wypalenia, identyczny w skutkach z wypaleniem zawodowym. Nastolatek chodzący na setki kursów, programowany z laboratoryjną precyzją, nagle zaczyna się buntować i sprawiać problemy. Lekceważy szkołę, zamyka się w sobie lub przeciwnie, rzuca w wir szalonych zabaw w towarzystwie kumpli. – Może się zdarzyć, że takie dziecko już nigdy nie odnajdzie w sobie potencjału, na zawsze pozostanie bierne – ostrzega Justyna Święcicka.

Bo dziecka po prostu nie wolno kochać za coś, a już na pewno nie za jego osiągnięcia i sukcesy. Jeśli bowiem uświadomi sobie, że nie jest kochane za to, jakie jest naprawdę, może przypłacić to depresją albo nieuleczalną manią wielkości. A wtedy nasze wszystkie wieloletnie starania spełzną na niczym. Nie będzie ani dobrej pracy, ani szczęścia.

Alice Miller, autorka książki „Dramat udanego dziecka”…

pisze, że z rodzin opartych na kulcie dziecka wcale nie wychodzą pewni i zadowoleni z siebie ludzie. Owszem, dobrze funkcjonują, dopóki są podziwiani i budzą zazdrość. „W tle czai się jednak depresja, uczucie pustki, wyobcowania, bezsens istnienia, które pojawiają się, gdy zabraknie narkotyku złudzenia wielkości, gdy nie są na szczycie” – pisze Miller.

Dlatego może warto czasem dzieciom i sobie pozwolić na chwile zdziecinnienia.

 

 

Autor tekstu : Katarzyna Bonda, Iwona Dominik, Newsweek, Numer 22/05



ZOBACZ TAKŻE:rodzicielstwow domu