Całkiem współcześnie i całkiem niedaleko, w miejscu, którego flaga ma kolor biało-beżowo-biało-fioletowy i w którym mieszkają najwyżej latające ptaki świata, stał pałac. Był potężny i przepięknie zdobiony rzeźbami przedstawiającymi pawie oraz koty. Pomalowano go na kolor szpinakowy, ponieważ – jak wieść gminna głosiła – ta właśnie zdrowo brzmiąca barwa ma właściwości uspokajające, naprawcze i kojące nerwy. Tego szukali goście pałacu, zanim do niego trafili – wyciszenia, naprawy i ukojenia nerwów. Ale o gościach później…

Pałac został wybudowany tak, aby żadne drzewo nie zostało wycięte. I żeby żadna żaba, żaden żuk ani żadna inna żywa istota na tym nie ucierpiały. Ba! Dookoła zasadzono kilkadziesiąt krzewów, w których harcowały koty, sto osiemdziesiąt osiem drzew dających dom ptakom i tysiące kwiatów przyjaznych pszczołom. Powstały oczka wodne oraz cieniste miejsca piknikowe. Iście rajskiego ogrodu doglądały bajecznie kolorowo upierzone pawie.

Wszyscy dookoła wiedzieli, że nie był to zwyczajny obiekt, zresztą o zwyczajnych obiektach nie pisze się opowiadań! Był to pałac niezwyczajny, a całą posesją zarządzał Gebandodel.

Puk, puk, puk! – rozległo się głośne pukanie do bram.

Szczerze mówiąc, nie był on jakoś wyjątkowo strzeżony, ponieważ każdy, kto potrzebował skorzystać z jego mocy, miał taką szansę. Jednakże tylko jedną szansę!

– Proszę wejść, proszę śmiało, bez obaw – rozległ się donośny głos kota Szczygrzysława.

Kot Szczygrzysław, dla przyjaciół – Grzysio, był pomocnikiem Gebandodela. Przyjmował gości, którzy pojawiali się w pałacu nagle, ni stąd, ni zowąd, i najczęściej przybywali z innych wymiarów.

– Teraz nie będę pytał, co cię do nas sprowadza, człowieku. Skoro tu jesteś, to z pewnością masz ważne powody. Proszę, rozgość się, tutaj jest dla ciebie miejsce – powiedział Szczygrzysław, wskazując łapką pokój dla przybysza.

– Dziękuję – odparł nieśmiało człowiek i ruszył we wskazanym kierunku.

Grzysio odniósł wrażenie, że był to bardzo smutny jegomość.

Człowiek przystanął i się odwrócił, po czym zapytał kota:

– Przepraszam, kiedy będę mógł porozmawiać z Gebandodelem?

– Oj, tego nie wiem, szef jest bardzo zajęty. W dzisiejszych czasach trafia do nas bardzo dużo ludzi – odpowiedział Grzysio i wrócił do swoich licznych obowiązków.

Człowiek miał na imię Jęczysław i przyjechał z Milgacji. Milgacja to taka materialna kraina, której mieszkańcy dążą wyłącznie do bogactwa. Prześcigają się w swoich majątkach i grubości portfeli. Nie dbają ani o relacje, ani też o swoje zdrowie. Zawsze mówią, że wszystko, co robią, robią dla swoich dzieci, ale nikt z nich nigdy nie zapytał tych dzieci, co one na ten temat sądzą. A wierzcie mi – wszystkie dzieci mieszkające w Milgacji tęsknią za swoimi rodzicami, którzy mają pieniądze na drogie zabawki, ale w ogóle nie mają ochoty na wspólne spędzanie czasu.

– Tato, pójdziemy na spacer? – pytał zawsze Litek swojego tatę Jęczysława.

– Idź teraz do swojego pokoju, nie zawracaj mi głowy. Masz piękny pokój, idź do niego i zajmij się czymś pożytecznym! – fukał za każdym razem tata i „wsadzał” nos w nowoczesny telefon.

Litek czuł się niezwykle osamotniony. Mama wolała zagraniczne podróże z koleżankami, a kiedy już była w Milgacji, to szła do fryzjera albo do kosmetyczki, gdzie znikała na wiele godzin za drzwiami gabinetów, w których pielęgnowała swą urodę. Tata zaś ciągle tylko „załatwiał sprawy”.

– Wszystko, co robię, robię dla ciebie. Kiedyś to docenisz, synu – klarował ojciec Litka, a ten zadawał sobie w głowie pytanie, kiedy nastąpi „kiedyś”.

Pewnego razu Litek, zmęczony samotnością w domu, postanowił spakować walizkę i pojechać pociągiem, nikomu nie mówiąc dokąd.

– Tato, wychodzę do szkoły – rzucił.

W rzeczywistości jednak planował udać się na peron. Ojciec nawet nie zauważył, że zamiast plecaka Litek miał ze sobą dużą walizkę.

– Idź, idź – mruknął Jęczysław, nie odrywając wzroku od jakichś dokumentów, na pewno „wyjątkowo ważnych”, jak zwykł mawiać.

Kiedy Jęczysław wrócił późnym wieczorem z pracy do domu, cieszył się, że jest cisza i że syn nie prosi go ani o rozmowę, ani o wspólne granie w Pamięć, ani o czytanie, ani o nic innego. Ziewnął rozdzierająco, zadzwonił do swojej żony, żeby się nie obraziła, iż do niej nie zadzwonił, a następnie umył się i położył spać. Nazajutrz zajrzał do pokoju Litka, żeby zbudzić go do szkoły, ale zastał tam starannie pościelone łóżko i krótki liścik o treści: „Tato, do widzenia”.

Jęczysław poczuł, że robi się mu słabo i niedobrze. Strach, który pochłonął całe jego ciało i umysł, był obezwładniający. Nie wiedział, co ma zrobić, gdzie szukać syna, od czego zacząć. Zadzwonił na policję i przedstawił całą sytuację:

– Mówi Jęczysław Owy, zgłaszam ucieczkę z domu mojego sy… sy… na. – Głos mu się załamał.

– Spokojnie. Ile syn ma lat? – zapytał policjant.

– Yyy, chwila, yyy – odparł Jęczysław.

– Nie wie pan, ile pana syn ma lat? Poproszę o jego PESEL w takim razie. Czy ma jakieś znaki szczególne? Jak był ubrany w dniu zaginięcia? Czy ma pan jego aktualne zdjęcie?

Jęczysław ze zgrozą stwierdził, że nie jest w stanie odpowiedzieć na te pytania. Nie zna swojego syna. Nie wie, dokąd mógł pójść. Nie wie, co lubi, a czego nie lubi. Nie wie, jakie nosi ubrania, jakie buty. Dał mu, co prawda, ostatnio pieniądze na nowe rzeczy, ale nie wie, co sobie kupił. Nie wie, jaki sport lubi uprawiać ani jak ma na imię jego najlepszy kolega. Odłożył telefon, usiadł w fotelu i schował głowę w dłoniach. Czuł łzy na policzkach i potworne wyrzuty sumienia.

I dlatego właśnie Jęczysław dotarł do Pałacu Gebandodela, do miejsca jedynego możliwego dla niego ratunku. Tutaj podobno, tak słyszał, ludzie dostają ostatnią, ostatniusieńką szansę. Jeśli w ogóle ją dostają. Dostają też guzik.

Złoty Guzik.

Na miejscu Jęczysław poznał ludzi o bardzo podobnych problemach (które sami sobie stworzyli!). Szczególnie przejmująca historia należała do niejakiego Zydwodusa, który stracił rodziców. Zydwodus był bardzo zajętym człowiekiem. Ciągle tylko praca i praca, a po pracy rozrywka. Nie chciał mieć rodziny, bo uważał, że lepiej jest dostatnio żyć w pojedynkę i bez większych zobowiązań. Miał jednak rodziców, którzy bardzo go kochali, ale też cierpieli, ponieważ syn ostatni raz odwiedził ich dwa lata temu.

Kiedy Zydwodus był małym chłopcem, rodzice zapisywali go do najlepszych szkół, aby zdobył jak najlepsze wykształcenie. Dzięki ich zaangażowaniu nauczył się dwóch języków obcych. Zawsze był zadbany i kochany. Rodzice poświęcali mu dużo czasu i uwagi. W dorosłym życiu, nie wiedzieć dlaczego, Zydwodus jakby zapomniał o ich istnieniu, nie był zainteresowany ich losem i samopoczuciem. Jednak pewnego wiosennego dnia, w okolicach swoich urodzin, przypomniał sobie o tym, że wypadałoby pojechać do mamy i taty w odwiedziny. Wsiadł do eleganckiego samochodu, włączył głośno muzykę i ruszył do centrum miasta.

Puk, puk, puk! – zapukał do drzwi i przyłożył do nich ucho.

Cisza. Chyba nikogo nie ma w domu.

Zapukał ponownie. I jeszcze raz, o wiele głośniej. Zamiast rodziców, na korytarz wyszła sąsiadka zaniepokojona tym hałasem.

– A pan do kogo? – zapytała starsza pani.

– Nie poznaje mnie pani? To ja, Zydwodus – odpowiedział sąsiadce.

Starsza pani przytrzymała się futryny, aby nie upaść.

– Zydwodus… – wyszeptała.

– No dzieńdoberek! Przyjechałem odwiedzić staruszków – rzucił trochę lekceważąco.

– Rychło w czas, młody człowieku! Twoim rodzicom pękły serca. Wyjechali, nikomu nie mówiąc dokąd – odparła sąsiadka i trzasnęła drzwiami, zostawiając wstrząśniętego jej słowami Zydwodusa samego.

Samego jak palec na tym świecie.

W jednej chwili Zydwodus zrozumiał, że to koniec, że nie zobaczy swoich rodziców już nigdy więcej. I że nie ma ani jednej bliskiej osoby. Popełnionych błędów nie można już naprawić. Czuł, jak żołądek mu się kurczy i jak kręci się mu w głowie, czuł, że porywa go jakiś straszliwy wir, niczym tornado, a później stracił przytomność i ocknął się dopiero w Pałacu Gebandodela.

– Cześć, mam na imię Jęczysław – powiedział tata Litka do Zydwodusa, gdy dostrzegł głęboki smutek i rozpacz w jego oczach.

– Cześć – odparł Zydwodus, ale tak cicho, że Jęczysław ledwo go usłyszał.

– Widzę, że ty również czekasz na spotkanie z Gebandodelem…

– Tak, to moja ostatnia deska ratunku.

Do rozmowy włączył się Zaoluf. On z kolei tak zatracił się w gadżetach współczesności, że stracił kontakt nie tylko z rzeczywistością, ale i ze swoją rodziną. Mimo że mieszkał z nimi pod jednym dachem, nie rozmawiał ze swoją żoną. Siedział sam w swoim prywatnym, starannie wyremontowanym pokoju (zresztą praktycznie w ogóle nie wychodził ze swojej „jaskini”!) i wysyłał wiadomości do żony, która akurat była w kuchni, czyli mniej więcej pięć metrów od niego. Nie mógł uwierzyć, kiedy otrzymał maila z pracy, że zostaje z niej zwolniony w trybie natychmiastowym, oraz kiedy żona i dzieci wyjechali na zawsze, nie mówiąc, dokąd się udają.

Do pałacu trafiła też dziewczynka o imieniu Lełonora. Lełonora bardzo się wstydziła swojego postępowania i nie chciała nikomu zdradzić powodu, przez który tu jest. W zasadzie cały czas płakała lub pochlipywała. Tylko Grzysio wyczuł kocim szóstym zmysłem, że tyle czasu spędzała, „grzebiąc” w telefonie, że zapominała karmić swoją kotkę Tereskę. Lepiej nie myśleć, jaki los spotkał zwierzątko… Któregoś razu Tereska wyskoczyła przez otwarte okno i uciekła. Nawet kotom z podwórka nie wymiauczała, dokąd się udaje. Szczygrzysław z całych sił próbował zachować profesjonalizm w pracy, ale niechęć, którą czuł do Lełonory, była silniejsza, i już kilka razy okazał ją dziewczynce.

– Uwaga! Uwaga! Uwaga! – krzyknął Szczygrzysław żołnierskim tonem. – Za chwilę wszyscy spotkacie się z Gebandodelem, Władcą Snów. Proszę przygotować sobie wszystkie pytania, które chcecie mu zadać. I pamiętajcie: to jest wasza jedyna szansa na uzyskanie ostatniej szansy! Wiem, że to wiecie, ale jednakowoż przypominam!

Grzysio wygłosił, co miał wygłosić, i zniknął za drzwiami, których wcześniej jakoś nikt z gości nie zauważył. W tak zwanej stresczekalni zapanowała dojmująca cisza. Goście pałacu patrzyli nerwowo gdzieś w dal i przysięgali sobie w duchu, że jeżeli dostaną ostatnią, ostatniusieńką szansę, nigdy jej nie zaprzepaszczą.

Tajemnicze, wcześniej niewidzialne drzwi otworzyły swoje skrzydła, wtłaczając jednocześnie do stresczekalni szurająco-skrzypiące dźwięki. W progu stanął Szczygrzysław i krzyknął:

– Uwaga! Uwaga! Uwaga! Wszyscy zgromadzeni tu goście proszeni są do Komnaty Oczuprawdy.

– Czy ja także? – zapytała Lełonora trzęsącym głosikiem.

– Wszyssscy! – syknął kot z poirytowaniem.

Gebandodel i Komnata Oczuprawdy

Gebandodel, czyli Władca Snów, był w sześćdziesięciu procentach kotem i w czterdziestu procentach pawiem. Poruszał się spokojnie i dostojnie jak prawdziwy król paw, a jednocześnie miał w sobie sporą porcję sprytu i pomysłowości niczym kot. Niektórzy nazywali go Kotopawiem, inni Pawiokotem. Nie mówił zbyt wiele, ale kiedy się odezwał, zawsze mądrze prawił. Nosił szaty w kolorze bakłażana, a na głowie szary kapelusz w kształcie myszy. Część kapelusza, imitująca ogon gryzonia, zwisała luźno obok prawego ucha Gebandodela i służyła mu jako antena. Dzięki niej miał łączność ze światem ludzkich snów i mógł nimi lekko pokierować, kiedy życiowa sytuacja człowieka stawała się naprawdę zła – i tylko wtedy! Zmieniał wówczas sen w najczarniejszy koszmar po to, by potrząsnąć sumieniem śniącego. Ludzie nie mieli o tym pojęcia. Oprócz kierowania snami, posiadał kilka innych nadprzyrodzonych zdolności, na przykład potrafił odpieniężać ludzi, potrafił ich odtelefonić (a to niezwykle trudna sztuka, oj, niezwykle!) czy też teleportować niektóre istoty do swojego pałacu, ale zawsze z bardzo ważnego powodu. Wybrane osoby lub zwierzęta, kierowane jakimś tajemniczym instynktem, po prostu wychodziły tego dnia z domu, nikomu nie mówiąc dokąd…

To wszystko to tylko zdolności, jednak najważniejsza była MOC, jaką Gebandodel posiadał – dawał ludziom ostatnią szansę na naprawę błędów, których nie da się naprawić, lub jest już prawie za późno na ich naprawę. Niestety zdarzały się historie, po których nawet Władca Snów nie dał ostatniej szansy, ale o nich nie będziemy rozmawiać, bo są zbyt przykre.

Gebandodel urzędował w Komnacie Oczuprawdy. Komnata była wielka, ale urządzona skromnie, aby nie odciągać uwagi gości od tego, po co tu przybyli. Podłoga była śliska i należało ostrożnie stąpać, by utrzymać pion. Na środku znajdował się karminowy fotel, wcale nie tron, po prostu wygodny fotel, obok fotela drewniany stolik z blatem w kształcie nerki, na którym leżał Złoty Guzik. Przed karminowym fotelem ustawiono zdezelowane krzesła z rozchwianymi nogami, a za nim rząd mniejszych foteli w kolorze soczystej pomarańczy. W powietrzu unosiły się ekrany, podobne do telewizora, jednak bardziej magiczne. Były to Ekrany Oczuprawdy.

Jęczysław, Zydwodus, Zaoluf i Lełonora weszli do Komnaty Oczuprawdy na miękkich nogach. Stawiali stopy niepewnie i delikatnie, dzięki czemu uniknęli upadku. Nikt nie wiedział, co tam zastaną i czego mogą się spodziewać, jednak każdy gość liczył w sercu na ostatnią szansę. Nagle przed gośćmi pojawił się Gebandodel.

– Drodzy przybysze, witam was. Trudno wam będzie teraz w to uwierzyć i zrozumieć, ale to nie wy do mnie, lecz ja do was przybyłem! I choć wydaje się wam, że jesteśmy w Pałacu Gebandodela, to w tej sennej rzeczywistości jesteśmy w waszych głowach! – wykrzyknął Władca Snów, patrząc na otwarte buzie i wytrzeszczone ze zdumienia oczy swoich słuchaczy.

– Teraz, proszę, usiądźcie na krzesłach – rzekł Szczygrzysław, wskazując łapką miejsca. – Jeśli ktoś chce zadać Gebandodelowi pytanie, niech uczyni to teraz – dodał kot

Wszyscy grzecznie usiedli na niezbyt wygodnych i niezbyt stabilnych krzesłach. Jednak nikt nie zadał żadnego pytania ze strachu przed pogorszeniem swojej i tak już złej sytuacji. Każdy z gości dostał swój osobisty ekran, który przyfrunął przed jego oczy. I choć siedzieli obok siebie, można było zobaczyć obrazy tylko na własnym ekranie. Chodziło o dyskrecję.

– Moi drodzy, za moment ujrzycie na ekranach zawieszonych przed waszymi oczami wasze życie i powody, dla których jesteśmy tu zgromadzeni. Znajdujemy się w Komnacie Oczuprawdy, więc proszę, aby każdy z was odważnie spojrzał prawdzie w oczy – rzekł Gebandodel i wyświetlił gościom sceny z ich życia.

Szczygrzysław zgasił światło. Widok łez i czerwonych z zawstydzenia policzków nie był miły.

Jęczysław oglądał swoją przeszłość scena po scenie i słuchał siebie, gdy był opryskliwy dla Litka. Widział siebie wpatrzonego jedynie we własne interesy, jakby zapomniał, po co to wszystko… Zapomniał, że największym sensem w jego życiu jest miłość i troska o syna. Że najfajniejsze chwile to te spędzone razem – na czytaniu, na rowerze, na spacerze, razem. Poczuł dłoń na swoim ramieniu. Obok usiadła jego żona, mama Litka, ona też w końcu wróciła z jednej ze swoich dalekich podróży… Na dobre.

Zydwodus miał ogromne problemy z patrzeniem prawdzie w oczy. Jeśli tylko chował twarz w dłonie, Gebandodel cofał scenę i odtwarzał ją ponownie, aż mężczyzna obejrzał ją w całości. Czuł się fatalnie, żal był tak duży, że ciężko mu było oddychać. Nie wiedział też, że człowiek może być tak bardzo samotny. I to na własne życzenie.

Zaoluf czuł wielkie zawstydzenie, że jako dorosły mężczyzna dał się wciągnąć w fascynację elektronicznymi gadżetami, zamiast dbać o swoją rodzinę i pracę, którą miał. Strach przeszywał mu serce na myśl o tym, że przez własną głupotę stracił najbliższe mu osoby i reputację świetnego pracownika.

Lełonora oczywiście cały czas płakała. Ekran Oczuprawdy wyświetlił dziewczynce cierpienie jej kotki, która wiele dni głodowała, bo jej opiekunka wolała cały dzień patrzeć w telefon. Lełonora marzyła, aby Gebandodel nie tylko dał jej szansę, ale też spróbował ją odtelefonić – chociaż trochę.

– Proszę, wyłącz to – płakał Jęczysław. – Znam swoje winy.

– Dobrze – oznajmił Gebandodel i wyłączył ekran.

– Co mamy zrobić, żebyśmy mogli dostać ostatnią szansę na odbudowę relacji z naszym dzieckiem? Nawet nie wiemy, dokąd pojechał. Uciekł… – Jęczysław nie mógł dalej mówić, tak bardzo rozpaczał.

Jego żona również zrozumiała swoje błędy. Tylko czy nie było już za późno?

Szczygrzysław włączył światło, a w komnacie zapanowała wręcz absolutna cisza, bo w pomarańczowych fotelach siedzieli kolejno: Litek, rodzice Zydwodusa (oboje!), żona i dzieci Zaolufa oraz kotka Tereska (Grzysio poczuł kocimiętkę i usiadł obok Tereski). Wszyscy cali i zdrowi. Goście pałacu byli tak zaszokowani i jednocześnie tak szczęśliwi na widok swoich najbliższych, że nie potrafili podnieść się z krzeseł. Tylko Zaoluf zdołał to zrobić. Chciał podbiec do swojej mamy, uściskać ją, ucałować, przeprosić, ale robiąc krok ku niej, poślizgnął się i upadł, boleśnie się tłukąc. Zresztą i tak niewidzialna bariera, zainstalowana tuż przed pomarańczowymi fotelami, nie pozwoliłaby mu na kontakt z rodzicami.

– Wróć na swoje krzesło, Zydwodusie – polecił Gebandodel.

Zydwodus posłusznie zawrócił.

– Zauważyłem, że na widok swoich bliskich staliście się spokojni, a wasze nerwy zostały ukojone. Jednak nic jeszcze nie zostało przesądzone! – rzekł Władca Snów i kontynuował: – Proszę, aby każdy z was kolejno podchodził do mnie. Dostaniecie Złoty Guzik. Weźcie go i połóżcie na niebieskim stoliczku, który macie w pokoju obok łóżka. Kiedy się obudzicie wraz ze słońcem, wasze guziki nie będą już złote. Będą miały kolor szpinakowy lub pączkowy. Guzik w kolorze szpinakowym oznacza szansę, którą dostaliście ode mnie. Guzik w kolorze pączkowym: brak takiej szansy.

Do stoliczka w kształcie nerki podszedł Szczygrzysław i wziął do łapki Złoty Guzik, podał go następnie Gebandodelowi, a ten Jęczysławowi. Gebandodel mrugnął trzy razy i na stoliczku pojawił się następny Złoty Guzik, a później kolejny, i kolejny.

Gebandodel bacznie obserwował wszystkich ludzi zgromadzonych w Komnacie Oczuprawdy. Potrafił wyczuć, kto rzeczywiście żałuje swoich złych zachowań i komu naprawdę należy się ostatnia, ostatniusieńka szansa.

Kiedy każdy stał już ze swoim Złotym Guzikiem, z pomarańczowych foteli zniknęli: Litek, rodzice Zydwodusa, żona i dzieci Zaolufa oraz kotka Tereska (Tereskę widziano, jak szła z Grzysiem do ogrodu). Jęczysław, Zydwodus, Zaoluf i Lełonora wrócili do swoich pokoi, położyli Złote Guziki na niebieskich stoliczkach, zamknęli oczy i udali się w objęcia Morfeusza, wyczerpani emocjami po dniu spędzonym w pałacu.

Nazajutrz, kiedy słońce rozpoczynało swą codzienną wspinaczkę po niebie aż na sam jego szczyt, a ptaki za oknami śpiewały poranne trele, w Pałacu Gebandodela słychać było gwar i zamieszanie. Dało się wyczuć radosny nastrój, zupełnie inny niż do tej pory.

Lełonora przestała płakać, tuliła teraz w ramionach swoją koteczkę i cały czas doglądała jej miski z karmą oraz, co równie ważne, z wodą. Czasami wypuszczała ją z ramion i pozwalała Teresce pobiegać z Grzysiem między krzewami. Dziewczynka całkowicie straciła zainteresowanie swoim telefonem. Korzystała z niego tylko wtedy, gdy musiała skontaktować się z rodzicami. O dziwo, poczuła się niezwykle wolna.

Zydwodus siedział z rodzicami w ogrodowej altanie i nadrabiał stracone dwa lata. Rozmawiali, jedli śniadanie, śmiali się, oglądali rodzinne zdjęcia w albumie zatytułowanym Dzieciństwo Zydwoduska. Zydwodus już dawno nie czuł się taki szczęśliwy i spokojny.

Jęczysław z żoną i Litkiem bawili się w berka. Biegali po całym ogrodzie, a Litek piszczał wesoło i co chwilę tulił się do rodziców, a później znów uciekał, klepiąc ich w biodra z okrzykiem: „Berek!”.

Zaoluf, tak samo jak Lełonora, został odtelefoniony przez Gebandodela i teraz nawet nie wiedział, gdzie leży jego gadżet. Odkrył ze zdumieniem, że o wiele ciekawsze są rozmowy z ludźmi na żywo, gdy patrzy im w oczy, odczytuje z ich twarzy realne emocje.

Gebandodel postawił swój karminowy fotel na tarasie pałacu. Z uśmiechem i dumą obserwował ludzi. Wszystkim dał szpinakowe guziki, a tym samym ostatnią szansę na rehabilitację i naprawę swoich czynów. Z trudem, ale udało się mu odtelefonić dwie osoby, co zresztą uważał za swój ogromny sukces, a także dwie osoby odpieniężyć. Nie tak całkowicie, rzecz jasna! Częściowo. Na przykład Jęczysław uznał, sam z siebie oczywiście, że nie potrzebuje pięciu samochodów. Jeden w zupełności mu wystarczy. Gebandodel wstał z fotela i na koniec ich wspólnej historii rzekł do swoich gości:

– Kochani! Wierzę, że nasze spotkanie miało głębszy sens. Wiem, że zrozumieliście swoje błędy, a zrozumienie ich to bardzo duże osiągnięcie. Dlatego wszyscy otrzymaliście ode mnie ostatnią, ostatniusieńką szansę. Zanim zniknę, powiem na do widzenia i do zapamiętania: można mieć auta, telefony, piękne domy w Milgacji. Nic to nie znaczy, jeśli się nie ma relacji!

Goście

Wszyscy goście Pałacu Gebandodela obudzili się we własnych łóżkach we własnych domach.

Lełonora od razu pobiegła do kuchni nakarmić Tereskę. Kotka już tam czekała. Głośno miauczała i mruczała na widok swojej pani.

Zydwodus miał dzisiaj w planach całodniowy pobyt u rodziców. Wczoraj do nich dzwonił i mama zaprosiła go na obiad.

Zaoluf odbył rozmowę ze swoim szefem, a ten ponownie go zatrudnił, mówiąc, że ciężko w dzisiejszych czasach o tak dobrego pracownika. Zaoluf obiecał też swojej rodzinie wspólny weekend w gospodarstwie agroturystycznym „Gęś kopnie”.

Jęczysław zaś zerwał się o świcie na równe nogi i wpadł z impetem do pokoju Litka. Syn jeszcze spał. Tata zbudził go i mocno, bardzo, bardzo mocno przytulił. Litek, rozespany i zaskoczony, zapytał:

– Tato, co się stało? Dlaczego mnie przytulasz?

– Synu, dzisiaj sobota, chodź, zjemy razem z mamą śniadanie i pojedziemy nad morze. Co ty na to? – zaproponował.

– Pewnie! Super! Hurrra!!! – Litek z radości zaczął skakać po łóżku. – Tato, a mogę zaprosić na tę wycieczkę Citka? – zapytał.

– Citka? A! Citka, no tak, przecież Citek to twój najlepszy kolega… Oczywiście, zaproś, chętnie go poznamy.

– Dziękuję, tato, jesteś kochany!

Jęczysławowi ze szczęścia łza zakręciła się w oku.

– No to załatwione, idę budzić mamę – rzucił tata i wrócił do sypialni, podśpiewując wesoło pod nosem.

Litek poszedł za nim, wskoczył do łóżka rodziców, uściskał ich, po czym dodał:

– Wiecie co? Miałem dzisiaj niesamowity sen…

Autor Agnieszka Kawa

Pałac Gebandodela

454 ocen
4.96
dodaj ocenę
×
zapis na newsletter - prezent
Zapisz się na cotygodniowy newsletter z wydarzeniami w Twoim mieście i odbierz eBook za darmo! wybierz eBook dla siebie
zapis na newsletter - prezent