Wyobrażenie a rzeczywistość – dwie różne sprawy. Bohater jakiego jeszcze nie było

Wyobrażenie a rzeczywistość – dwie różne sprawy. Bohater jakiego jeszcze nie było

Praca nagrodzona w konkursie literackim „Bohater jakiego jeszcze nie było” na wykreowanie w opowiadaniu postaci nowego bohatera. Organizatorem konkursu był Młodzieżowy Dom Kultury przy al. 29 Listopada 102 w Krakowie. Autorką pracy jest Karolina Żelazny – uczennica Szkoły Podstawowej 157 w Krakowie. Wyrażono zgodę na publikację pracy.
Miasto Dzieci objęło patronat nad konkursem.

 

            Wyobrażenie a rzeczywistość – dwie różne sprawy                          

            Był słoneczny kwietniowy poranek, gdy mama weszła do mojego pokoju i powiedziała:

-Danusiu, chciałabym, abyś co jakiś czas odwiedzała naszą sąsiadkę z góry – panią Zosię.

-Muszę?– odburknęłam.

-Tak, Danusiu. Pani Zosia to starsza kobieta, która w Krakowie nie ma nikogo.

-No dobrze – zgodziłam się niechętnie

Nie chciałam chodzić do pani Zofii. Niejednokrotnie słyszałam, jak inne sąsiadki mówiły, że jest to wyjątkowo zrzędliwa staruszka. Zawsze, gdy chodzi po osiedlu, narzeka, jakie te biegające i krzyczące na boisku dzieciaki są niewychowane i niegrzeczne. „Jeśli ktoś nie lubi ludzi, niech się nie dziwi, ze ludzie nie lubią jego” – myślałam ze złością.

Jednak mama dopięła swego. I tak po obiedzie wystrojona w sukienkę w kwiaty, pomaszerowałam do pani Zofii na górę. Kiedy zapukałam, drzwi otworzyła wysoka, szczupła starsza kobieta o siwych włosach i pomarszczonej, surowej twarzy, ubrana w białą bluzkę oraz szarą spódnicę.

-Dzień dobry. Ty pewnie jesteś Danuta Kyrlińska  Proszę, wejdź do mieszkania. Twoja mama uprzedziła mnie, że się zjawisz. Bardzo się cieszę, że jesteś. Ile masz lat?

-Trzynaście, proszę pani

-A do której klasy chodzisz?

-Do szóstej

-Jeśli będziesz chciała, to mogę ci pomóc w historii, gdyż przed odejściem na emeryturę byłam nauczycielką w szkole podstawowej.

-Dobrze, proszę pani- odpowiedziałam grzecznie

Po tej krótkiej zapoznawczej rozmowie usiadłyśmy do stołu. Pani Zofia przyniosła świeżo usmażone naleśniki z dżemem malinowym własnej roboty. Zjadłyśmy. Następnie zaczęłyśmy znów rozmawiać. Pani Zofia pytała, jaki mi idzie w szkole, czy mam jakąś przyjaciółkę oraz gdzie jadę w tym roku na wakacje. Odpowiadałam uprzejmie na wszystkie jej pytania. Nie zamierzałam jednak się z nią spoufalać i zwierzać się jej z tego, co naprawdę mnie trapi. Starsza pani powiedziała, że bardzo ubolewa nad tym, że nie ma z kim pojechać w jej ukochane góry, bo sama nie ma już siły. Mnie, prawdę mówiąc, w ogóle to nie obchodziło, ale widząc, że pani Zofia jest w swoim żywiole, wysłuchałam opowieści o zdobywaniu tatrzańskich i beskidzkich szczytów. I tak minęły nam  dwie  godziny. Pożegnałam się ładnie i  wróciłam do siebie.

 Od tej pory regularnie w środy i piątki po szkole odwiedzałam panią Zofię. Traktowałam te wizyty jako jeszcze jeden obowiązek, wyznaczony przez mamę. Staruszka opowiadała o sobie, o swoim życiu przed emeryturą oraz pokazywała mi swoje zdjęcia. Po jakimś czasie  uświadomiłam sobie, że całkiem podoba mi się odwiedzanie pani Zosi. Przestałam szukać wymówek, aby się z nią nie spotkać. Każda kolejna wizyta przybliżała nas do siebie. Pani Zosia okazała się bardzo miłą, pełną ciepła kobietą. Polubiłam ją i można nawet powiedzieć, że zaprzyjaźniłyśmy się. Pomagała mi w historii, radziła, co mam robić, gdy miałam jakiś problem w szkole, nauczyła mnie gotować różne potrawy.

        Kiedy poszłam do niej w piątek, miesiąc przed zakończeniem roku szkolnego, nie otworzyła mi. Było to dla mnie bardzo zastanawiające, ponieważ wiedziała, o której godzinie mam się zjawić. Pomyślałam, że może coś jej się stało. Nacisnęłam klamkę. Drzwi były zamknięte. Ogarniał mnie coraz większy niepokój. Przecież staruszka nie wychodziła sama z domu. Nerwowo wybrałam jej numer na telefonie. Nikt nie odbierał. Nie wiedziałam, co robić. Wtedy przypomniałam sobie, że kiedyś pani Zofia dała mamie zapasowe klucze do swojego mieszkania – tak na wszelki wypadek. Szybko pobiegłam do domu, mamy nie było, ale w szufladzie komody znalazłam klucz. Pędem wróciłam do pani Zofii, otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Przeraziłam się, bo zobaczyłam panią Zosię leżącą na podłodze. W szkole uczyli nas, jak zachować się w sytuacji, gdy ktoś jest nieprzytomny. Szybciutko zadzwoniłam po pogotowie, a następnie zajęłam się reanimacją. Rytmicznie uciskałam klatkę piersiową staruszki i rozpaczliwie powtarzałam:

– Niech pani się trzyma! Niech pani nie umiera!

 Pogotowie przyjechało po chwili i zabrało kobietę do szpitala.  W szpitalu okazało się, że pani Zosia miała zawał i gdyby nie moją reanimacja, nie udałoby się jej uratować. Teraz codziennie ją odwiedzałam. Na szczęście stan pacjentki poprawiał się. Cieszyłam się, że jest coraz lepiej.

Po dwóch tygodniach pani Zosia wróciła do domu. Były już wakacje. Postanowiłam, że z mamą zabierzemy ją w góry, aby się wzmocniła i wróciła do całkowitego zdrowia.

        To wydarzenie uświadomiło mi, jak bardzo przywiązałam się do starszej pani, którą przecież zaczęłam odwiedzać z obowiązku i o której miałam nie najlepsze wyobrażenie. Przekonałam się, że nigdy nie należy oceniać ludzi na podstawie tego, co się o nich słyszało od innych, lepiej ich poznać osobiście. Warto pokonać własne uprzedzenia, bo można zyskać naprawdę wiele dobrego

 

 

Gwiazdkowe prezenty od 5.10.15.

ZOBACZ TAKŻE:dzieci pisząpatronat

Zobacz także