Pan Kuleczka

Pan Kuleczka znany Wam zapewne dobrze odwiedza w towarzystwie Pana Wojciecha Widłaka (autora opowiadań o Panu w muszce i meloniku) dzieci w różnych miastach w Polsce, np. 20 kwietnia 2007 r. w piątek będą rozmawiać z dziećmi w Krakowie. Zaprosiliśmy to zacne towarzystwo również do Miasta Dzieci, nie odmówiła też Pani Elżbieta Wasiuczyńska – osoba dzięki której możemy zobaczyć sympatyczne poczynania Pana Kuleczki.  

  

Poprosiliśmy Pana Wojciecha i Panią Elżbietę, by opowiedzieli czytelnikom Miasta Dzieci jak to się stało że Pan Kuleczka zagościł w naszych domach.  

Kamila Waleszkiewicz:

Panie Wojciechu, jakie były prapoczątki Pana Kuleczki?

  

Wojciech Widłak:

Zaczęło się od niewielkiej kartki papieru, która trafiła na moje biurko w warszawskiej redakcji miesięcznika „Dziecko”, gdzie pracowałem. Zajmowałem się tam m.in. wymyślaniem zagadek, które ilustrowała Elżbieta Wasiuczyńska. To właśnie ona przysłała mi z dalekiego Krakowa kartkę, na której znajdowała

się okrągła głowa osobnika w meloniku i muszce. Głowie towarzyszył podpis: „Wojtku, to jest Pan Kuleczka. Może Cię natchnie”. Te słowa – jak widać – okazały się prorocze. Od tego czasu wspólnie z Elą (bo bez jej ilustracji byłoby to niemożliwe) stworzyliśmy kilkadziesiąt historii, cztery książki i trzy kalendarze.  

  

Kamila Waleszkiewicz:

Pani Elżbieto Panią także zapytam – Jak się zrodził Pan Kuleczka ?

  

Elżbieta Wasiuczyńska:

Ten Pan przyszedł właściwie do mnie z wizytą. Narysował mi się zupełnie bezwiednie, na kilku fiszkach, na odwrocie koperty, w notatniku. Był grubiutki, wesoły, miał muszkę, melonik, biały parasol i z dużą swobodą żeglował sobie w błękicie. Przesłałam rysunek  faksem, z adnotacją: to Pan Kuleczka, może Cię natchnie. Wynika stąd jasno, że muzy bywają też rodzaju męskiego i miewają  pokaźne rozmiary. Oraz meloniki. Powstało opowiadanie, z którego dowiedziałam się, że kaczka ma na imię Katastrofa (pamiętam, że upewniałam się przez telefon, czy Kochany Autor jest tego a.b.s.o.l.u.t.n.i.e pewien:), pies jest Pypciem, motyl tylko przelotnym gościem bez imienia, a mała muszka należy do rodziny i ma na imię Bzyk- Bzyk. Co prawda, główny bohater  na  moim pierwszym malunku miał jadowicie żółte włosy, muszkę w grochy o rozpiętości 50 cm i uśmiech klauna, ale to, co najważniejsze, pozostało niezmienne – Wojtek Widłak wyposażył te postacie nie tylko w imiona, ale w CHARAKTERY.  

Opowiadania pisane były do kolejnych numerów miesięcznika „Dziecko”, staraliśmy się więc, żeby życie bohaterów było w miarę równoległe do doświadczeń małych czytelników, latem wyjeżdżali w podróż, zimą lepili bałwana, albo dokazywali w domu , w  stosownej porze roku jedli lody, albo

zbierali kasztany. No, a przy okazji, wychodziły na jaw szczegóły ich otoczenia i meandry charakterów .

  

Kamila Waleszkiewicz:

Co miało znaczenie i decydowało o kształtach kolorach i charakterze książeczki?

  

Elżbieta Wasiuczyńska:

Po paru latach publikacji Kulki na łamach „Dziecka” materiał na książkę, był niemal gotowy. Z kilkudziesięciu opowiadań, Wojciech Widłak wybrał 11. Napisał też wstęp, z którego mili czytelnicy, a i ja przy okazji, dowiedzieliśmy się, że nasi bohaterowie mieszkają przy ulicy Czereśniowej. Zupełnie jak Mary Poppins! Ich dom, tak na oko, jest dziwnie podobny do

kamienicy na krakowskim Zwierzyńcu, w której mieszkaliśmy z mężem. Bohaterowie mają równie przeładowane półki na książki, toaletkę z lustrem, okrągły stół, zegar, pomarańczowe zasłony. Puszczają latawce na pobliskich Błoniach. Mamy najwyraźniej z Panem Kuleczką podobne gusta.  

Co do istotniejszych podobieństw: w tekstach Wojtka, jest ujmująca dawka pogody , zachwytu światem,  i życzliwości , właściwa samemu Autorowi. Najkrócej rzecz ujmując, Kulka powstał ot tak, z radości życia.  

  

Kamila Waleszkiewicz:

Pani Elżbieto, jak się współpracuje z Panem Wojciechem tak na odległość?

  

Elżbieta Wasiuczyńska:

Co do technicznych szczegółów współpracy – przez wiele lat, Redaktor Widłak przesyłał mi opowiadanie faksem do Krakowa, ja robiłam ilustrację i wysyłałam ją listem poleconym do Warszawy. Zdarzało się, że najpierw powstawał obrazek, a Wojtek wymyślał do niego tekst. Kolejność bywała różna,

jedno pozostawało niezmienne – z ciekawości i łakomstwa, czytałam nowego Kulkę w miarę jak terkoczący faks drukował kolejną linijkę opowiadania. Teraz teksty (ostatnio uroczą opowiastkę z perspektywy muchy Bzyk -Bzyk  i prześmieszne opowiadania o Panu Pinesce), przychodzą mailem, troszkę mi

szkoda tych blednących z czasem wstęg cienkiego papieru faksowego, na których były odręczne dopiski i rysunki Autora.

  

Jak się nam  współpracuje ? Wspaniale! Też dzięki temu, że

podobieństwo Autora do Pana Kuleczki nie zasadza się jedynie na muszce pod szyją.

  

Kamila Waleszkiewicz:

Panie Wojciechu – jak przez pryzmat Pana Kuleczki i z perspektywy czasu widzi Pan swoją twórczość dla dzieci? Jak ona w Panu ewoluowała? Czy udało się jakieś etapy, elementy uchwycić?

Fakt, że piszę dla dzieci, jest dla mnie zbyt wielką niespodzianką

(rozumianą także jako prezent), bym mógł tak bezemocjonalnie i analitycznie do tego podchodzić. Wciąż mnie zdumiewa i nieustannie raduje, gdy przy różnych okazjach spotykam dużych i niedużych ludzi, którzy – jak się okazuje – czytają książki, które napisałem. A co do ewolucji. Myślę, że Pan Kuleczka jest niezmienny. Ja natomiast oprócz opowiadań o nim i o jego

podopiecznych zacząłem też pisać w „Dziecku” opowiadania o innych bohaterach – najpierw o królu Jęzorku i jego żonie Konwalii oraz ich bliźniętach, a od jakiegoś czasu – o pogodnym i dość młodym osobniku imieniem Wesoły Ryjek.

  

Kamila Waleszkiewicz:

Czy Pan Kuleczka ma przyjaciół? Jeśli tak to kim oni są?

  

Wojciech Widłak:

Kim są przyjaciele Pana K. na kartach książek, to widać od razu. Ale Pan Kuleczka ma też przyjaciół z krwi i kości. Poza zwykłymi Czytelnikami (jeśli w ogóle są zwykli czytelnicy) to cała ogromna rzesza pań bibliotekarek, nauczycielek, wychowawczyń przedszkolnych, no i pracownicy poznańskiego wydawnictwa Media Rodzina. Jedną osobę chciałbym też wymienić z imienia i

nazwiska. To dzięki Justynie Dąbrowskiej, redaktor  naczelnej „Dziecka”, odważyłem się zaprezentować publikowane dotąd w miesięczniku opowiadania wydawcy i tak powstała pierwsza książeczka.

  

Kamila Waleszkiewicz:

Jakie elementy Pana dzieciństwa rysują się w Pana utworach? Jakie przeżycia, doświadczenia, emocje, nienazwane jednoznacznie ślady… wrażenia?  

  

Wojciech Widłak:

Nie odwzorowuję swojego dzieciństwa, ani zresztą dzieciństwa moich dzieci też nie. Pisanie – powtarzam – pozostaje dla mnie wielką tajemnicą, co sprawia, że niekiedy sam ze zdumieniem czytam to, co napisałem. Wiem jednak z reakcji Czytelników, że wielu z nich rozpoznaje kuleczkowych opowiadaniach swoje emocje lub doświadczenia. No i oczywiście charaktery – swoje lub swoich dzieci :-)

  

Kamila Waleszkiewicz:

Panie Wojciechu czego Pan w sobie jako pisarzu nie lubi, a co jest Pana dumą :) ?

  

Wojciech Widłak:

Pisarz to wielkie słowo i nie bardzo mogę się oswoić z myślą, że

rzeczywiście nim jestem. Myślę, że nie mógłbym pisać, gdybym tego nie lubił. Kiedyś, jeszcze zanim sam zacząłem pisać, dokonałem na własny użytek odkrycia, że pisarze dzielą się na tych, którzy swoich bohaterów lubią, i tych, którzy ich nie lubią. Nie wiem do końca, czy jestem pisarzem, ale wiem, że lubię moich bohaterów. :-)

  

Kamila Waleszkiewicz:

Pani Elżbieto i Panie Wojciechu, czy czujecie się tak po trosze chociaż rodzicami Pana Kuleczki? A może raczej kumplami? A może obserwatorami jego życia?  

Elżbieta Wasiuczyńska:

Tę miłą łatkę mamy i taty Pana Kuleczki  nadała nam Joanna Olech. Myślę o sobie raczej jak o zaprzyjaźnionym sąsiedzie , ot wpadam na chwilę rozmowy, zjem trochę zwęglonego placka z jabłkami, popatrzę na wygłupy Katastrofy, a potem maluję te scenki.  

Wojciech Widłak:

A ja czuję się trochę jak pracownik teatralny, który ma za zadanie rozsuwanie kurtyny. Rozsuwam, a za kurtyną… To to, to owo.

  

Kamila Waleszkiewicz:

Czego „życzyłby” Pan sobie od swoich czytelników?

Wojciech Widłak:

Raczej odwrotnie – życzyłbym moim Czytelnikom (podobnie zresztą jak i sobie)  prostoty muchy Bzyk-Bzyk, energii kaczki Katastrofy, refleksyjności psa Pypcia, cierpliwości Pana Kuleczki. I ufności, że wszystko jest po coś, a ciemność jest potrzebna żeby lepiej było widać, skąd przychodzi światło.

  

Kamila Waleszkiewicz:

Pani Elżbieto…?

  

Elżbieta Wasiuczyńska:

Pozdrawiam miłe czytelniczki i czytelników z iście Katastroficznym entuzjazmem.  

  

Kamila Waleszkiewicz:

Serdecznie dziękuję Państwu za rozmowę i życzę wielu równie udanych opowieści i „bohaterskich” przyjaźni.

Elżbieta Wasiuczyńska i Wojciech Widłak:

Dziękujemy serdecznie.

Zdjęcia:

Pierwsze z poznańskiej Księgarni Z Bajki. a drugie z krakowskiej Księgarni Pod Globusem.