Pierwsze dni życia Ani

Nie ma już brzuszka! Mam Córeczkę. Anula. Od czterech tygodni przytulam ją, karmię, całuję, przewijam i nie śpię za Jej sprawą – a jednak nie do końca mogę uwierzyć w Jej obecność…

Ale zacznijmy od porodu. Z niewiadomych przyczyn ubzdurałam sobie, że ze skierowaniem na planową cesarkę w garści wszystko będzie jasne, proste i przewidywalne. Akurat! Na kilka dni przed terminem operacji nasza Córeczka sama wybrała termin, nocny oczywiście i z sercem w gardle pędziliśmy przez miasto do szpitala. Nie znam kobiety, która wspominałaby poród i szpital dobrze – i ja niestety dołączam do tego grona…Jedynie sama operacja super, bo wspaniały lekarz trafił się na dyżurze; wszystko poszło szybko, sprawnie, cięcie małe i życzliwe kobiecie pod względem estetycznym. Natomiast kolejnych osiem dni wspominam jak torturę. Najpierw potworny ból (wszyscy dostają te same dawki leków przeciwbólowych, jeśli to dla kogoś za mało, zapłaci za te swoja nietypowość). Opieka nad dzieckiem (czytaj: dźwiganie tuż po operacji, szczególnie w nietypowych pozycjach – np. usadź się jakoś do karmienia i potem sięgnij po dziecko… w brzuchu taki ogień, ze wyjesz) jest dla wszystkich tak oczywista, jakby wszyscy pacjenci z rozcinanymi brzuchami na drugi dzień biegali ochoczo po sali z 3,5 kilogramowymi obciążnikami. W dzień i w nocy, oczywiście, po co komu czas na rekonwalescencję. Nikogo nie obchodzi, ze niemal mdlejesz z bólu wstając z łóżka i co najwyżej przewrócisz się razem z dzieckiem, zamiast się nim zająć.

 

Masz za mało pokarmu i twoje dziecko wyje z głodu pół nocy? Nie myśl, ze ktoś się tym przejmie, albo ci dziecko dokarmi. ‘Jaka niecierpliwa mama z tym karmieniem, no no no… przystawiać często to pokarm będzie’ – tyle do powiedzenia miały położne i pediatra. Jak przystawiać do piersi nauczyłam się sama, żeby nie było wątpliwości.

 

Kiedy już obie płakałyśmy w nocy z rozpaczy, zdobyłam sławę mamy histerycznej. A następnego dnia nasz Tata przyniósł butelki i mleko, mieliśmy czajnik, wyparzyliśmy co trzeba i zaczęliśmy działać na własną rękę. Ania – najedzona i wniebowzięta, ale mleko chowaliśmy w szafie, żeby nikt nie widział…

 

Potem doszedł jeszcze horror naświetlania żółtaczkowego – prawie 3 doby na nogach przy inkubatorze, dzień i noc, bo jak wszyscy wiemy, żadnemu dziecku żadna opaska sama się na oczach nie utrzyma… Wychodziłyśmy ze szpitala jak z obozu pracy. Ja – ze średnią snu 2 godziny na dobę, obolała jak pies, nasza Córeczka ciągle żółta, niedokarmiona i niespokojna.

Do domu, do domu………

 

W domu pierwszy miesiąc pod znakiem uspokajania się. Przez pierwszy tydzień sterroryzowana presją karmienia piersią matka (czyli ja) stopniowo odstawiała butelkę w przekonaniu, że pokarmu przybywa. Tylko czemu to nasze kochane Dziecko tak płacze całe noce? Po tygodniu niespania wszyscy troje byliśmy strzępkami nerwów i wtedy dotarliśmy do sensownej pani doktor, która zdiagnozowała najzwyklejszy głód. Kiedy już Anusia zaczęła się najadać, zaczęły się kolki. Pierwsze uderzenie trwało bite 2 doby i znów niespanie, znów niepokój… Maleńkie, czerwone z wysiłku ciałko zmaga się z bólem i rozpacza wniebogłosy, a ty dostajesz szału i chcesz już tylko wyć z nim w duecie. Potem wyskoczyły krostki na buzi. Potem…….. potem zaczęło się trochę prostować. Wynaleźliśmy wodę koperkową, przyjechała Babcia (nieocenione ręce do pomocy i skarbnica pomysłów), ja pilnuję diety żeby nic Anusi nie zaszkodziło – i zaczynamy jakoś funkcjonować…

 

Po wszystkim, czego człowiek się dowie, naczyta przed porodem, ma się takie złudne wrażenie, że niewiele nas zaskoczy. A potem bach! I wszystkie teorie idą do kosza. Choćby ta, że dzieci lubią kąpiele – nasza Anusia nie przepada, bo generalnie nie lubi być rozbierana, a jak namydlają to już w ogóle dramat. Dopiero potem płynąca woda wynagradza wszystko… Albo że pępek odpada maksymalnie po 2 tygodniach  – u nas odpadł po trzech i rodzice oczywiście już zaczęli się martwic. Są oczywiście przepowiednie, które sprawdzają się w stu procentach, jak ta, że przez pierwsze tygodnie nie będzie kiedy zjeść ani wyjść do toalety…

 

A teraz najważniejsze. Mamy Córeczkę. Anula. Ma piękne jagodowe oczka, zadarty nosek, zgrabniutkie uszka ( w tym jedno „elfickie”, z małym czubeczkiem), jest taka piękna i kochana, że można się skręcić. Mała czarna Kropeczka.  Ma wyjątkowo długie, czarne włoski, które zresztą trzeba przyciąć, bo z tyłu są tak długie, że się Ania w nie sama wplątuje – zaciska na nich piąstki i prawie sobie kłaczki wyrywa, z płaczem oczywiście. Odkąd skończyła 3 tydzień nie rzuca się już na oślep na cyca, ale przed każdym seansem zapiera się rączkami, odchyla głowę do tyłu i patrzy na mnie. Na mnie! Mamo, patrzę na ciebie…….. I to jest obłędne uczucie. Tata też ma swoje chwile uniesienia, kiedy Anulka dostaje dokładkę z buteleczki – nikt tak nie karmi jak Tata 🙂 i nikt tak nie nosi na rękach…

 

A ja za każdym razem, kiedy patrzę na Anusię, nie mogę się nadziwić, jaka cudna i jaka ‘nasza’. Nie wiadomo do kogo bardziej podobna, ale widać, ze swój człowiek 🙂  Dopiero teraz, kiedy odrobinę odespałam, kiedy przestało boleć, kiedy przestałam się bać Twojego płaczu i o Ciebie – mogę nareszcie usiąść i się rozczulić, ucieszyć i zadumać, jak to możliwe, ze jesteś, Córeczko…. I poczuć wielkie szczęście!

Pierwsze-dni-życia-Ani

Na zdjęciu – Ania córeczka Agi.

 

Wspomnienia z ostatnich miesięcy ciąży Agi możesz poczytać w dziale Artykuły w kategorii “Ciąża – Mamy opowiadają”

Autor tekstu : Aga Włodarczyk



ZOBACZ TAKŻE:noworodekporód