Kobieta Gdańska – cz I o swoich doświadczeniach i o tym jak widzi Gdańsk

Kobieta-Gdańska-cz-I-o-swoich-doświadczeniach-i-o-tym-jak-widzi-Gdańsk

Ewa Kamińska – kobieta, której zaangażowanie społeczne prowadziło wyjątkowo ciekawą ścieżką, właściwie autostradą, wiodącą do drugiego człowieka. Dziś, jako Zastępca Prezydenta Miasta Gdańska ds. polityki społecznej, ma szerokie pole działania, dzieli się sobą z ludźmi potrzebującymi jej rady i wsparcia. Na co dzień jest mądrze kochającą mamą i babcią i cieszy się, że wartości w które wierzy udało jej się przekazać własnym dzieciom.

Miasto Dzieci: Wychowała Pani czworo dorosłych już dzieci. Jak udawało się Pani godzić życie rodzinne z tak pełnym odpowiedzialności życiem zawodowym? Czy to możliwe, że żadna sfera na tym nie ucierpiała?

Ewa Kamińska: Jedna rzecz tutaj też jest ważna, to nie były dzieci rodzące się tuż po sobie. Najpierw miałam dwójkę dzieci rzeczywiście zaraz po sobie: syn jest 11 miesięcy młodszy od córki. Potem była 10 letnia przerwa i przyszła druga para młodszych dzieci: najpierw Janek, a po 3 latach Małgosia. Pewnie byłoby inaczej, gdyby dzieci przychodziły na świat jedno po drugim. Byłabym fizycznie bardzo zajęta i byłoby mi trudniej znaleźć czas na życie społeczne. To jest jednak takie gdybanie. W rzeczywistości, miałam możliwość dostosowywania swojego zaangażowania do aktualnych potrzeb rodziny.

M.D.: Ale to też nie jest łatwe. Jak to Pani rozwiązała?

Na przykład, mając pierwszą dwójkę dzieci, które w ciągu dnia bardzo mnie absorbowały – dyżurowałam przy telefonie zaufania, czyli przy telefonie we własnym domu. Byłam konsultantem, z którym łączono wtedy, kiedy osoba dyżurująca w telefonie zaufania uznała, że sprawa przekracza jego kompetencje, albo dzwoniąca osoba wręcz prosiła o rozmowę z psychologiem. Ludzie dzwonili późnym wieczorem i nocą, czyli wtedy, kiedy nie byłam potrzebna dzieciom.

M.D.: Czy może nam Pani opowiedzieć o tym coś więcej?

To była praca absolutnie społeczna i nadal jest tak, że telefon zaufania zdobywa środki na opłatę samej technicznej strony utrzymania centrali i miejsca, w którym się znajduje. Natomiast dyżurujący tam ludzie dyżurują absolutnie charytatywnie. Tak było zawsze i tak jest do dzisiaj.

Dzisiaj takich specjalistycznych telefonów zaufania, infolinii, do których można się zwrócić z różnymi sprawami jest bardzo wiele. Wtedy tak nie było, to po pierwsze. Po drugie, dostęp do telefonu był społecznie reglamentowany, był towarem z wysokiej półki. Często to były rozmowy z budki telefonicznej, w napięciu, bo za chwilę ktoś wejdzie i nie będę mógł rozmawiać. Dzisiaj bierzesz komórkę, siadasz w cichym kącie i rozmawiasz z kim chcesz i o czym chcesz. Dzisiaj też dostęp do pomocy zarówno psychologicznej, jak i każdej innej jest nieporównywalnie większy niż był w tamtych czasach. Ja mówię o czasach sprzed 30 lat.

M.D.: Chyba też podejście do konsultacji psychologicznej było w tamtych czasach inne. Teraz jesteśmy na tego rodzaju sprawy bardziej otwarci, jest i większe przyzwolenie.

E.K.: To też, ale też my sobie kiedyś radziliśmy z różnego rodzaju wyzwaniami inaczej. Powiedziałabym, że radziliśmy sobie lepiej.

M.D: Jak Pani myśli, z czego to wynika?

E.K.: Z wielu uwarunkowań. Dzisiaj życie jest bardzo napięte, szybkie i przeładowane. Nieustannie bombardują nas informacje, wydarzenia i wymagania: które stawia się nam, które my sami sobie stawiamy. Jest ich coraz więcej. Gdyby ważyć rangę tych wyzwań, to można byłoby dyskutować, ale generalnie stawiamy sobie więcej wymagań. W tym natłoku jest nam po prostu trudniej. Poza tym, myślę, że skok, który zrobiliśmy przez ostatnie 20 lat, jest skokiem na miarę mistrzostwa świata – w sensie wysokości, szybkości, głębokości, czy jakkolwiek by tego nie mierzyć. Taki skok trudno wykonać bez konsekwencji osobistych i psychicznych. Nie każdy z nas był w stanie sprostać tej prędkości.

M.D.: Można powiedzieć, że dopiero teraz, po 20 latach zaczynamy przyglądać się temu, co się z nami stało i…

E.K.: Tak, jeżeli mamy chwilę na czas refleksji, a tego czasu i tak nie mamy zbyt wiele. Ona jest taka szarpana, wchodząca w głąb na sekundę. To nam wcale nie pomaga, a momentami jeszcze bardziej nas obciąża. Takim probierzem tego, jakie ogromne ma to w tej chwili znaczenie są spotkania podczas gdańskiego Areopagu. Nasze zaangażowanie nie w samą debatę, ale w przysłuchiwanie się jej, jest potwierdzeniem tego jak nam tej refleksji straszliwie potrzeba.

M.D.: Opowie Pani czytelnikom coś więcej o spotkaniach i debatach gdańskich?

E.K.: Kiedyś, arcybiskup Gocłowski wymyślił Areopag w momencie, kiedy trzeba było nam rzeczywiście jak powietrza refleksji: w którą stronę idziemy, jakim wartościom to ma służyć. Wiele lat temu spróbowaliśmy to zrobić na zasadzie wyznaczenia sobie w debacie katalogu dziesięciu powinności obywatelskich: wobec siebie, kraju w którym żyjemy, i wobec społeczności. Tamte tematy zostały wyczerpane. Podczas spotkań Areopagu, które odbywają się obecnie, na warsztat wzięliśmy cnoty obywatelskie, które kiedyś gdańszczanie uznawali za bardzo istotne i które wyeksponowali figurkami znajdującymi się na Złotej Bramie. Rozmawialiśmy już o zgodzie i wolności. Ostatnio była mowa o sprawiedliwości. Gdybyśmy nie uważali, że to jest nasze, to tam by po prostu nikt nie przyszedł. Może gdyby każdemu z nas kazano zabrać głos, to byśmy nie odważyli podzielić się swoim myśleniem na ten temat. Ale słuchając innych o tym myśleć – po to właśnie tam idziemy. To znaczy, że trzeba nam tej refleksji.

M.D.: Jakie było otoczenie w którym Pani dorastała?

E.K.: Myślę sobie, że mój sposób funkcjonowania społecznego, wynika właśnie z tego że wychowałam się w rodzinie i wśród takich kontaktów w których istotą była prawda. Moi rodzice nie byli wielkimi społecznikami. Oni także się bali o to na ile za otwartość można być ukaranym. Pokazywali mi na przykład gazety z 56 roku, dopiero jak byłam dorosła. Moi rodzice nie byli wielkimi działaczami, ale w moim domu była prawda. O sprawach trudnych, które nas przerastały, najwyżej się w domu nie rozmawiało. O sprawach, których zmiana przekraczała możliwości naszych rodziców, też nie rozmawiało się wprost. Zawsze jednak wiedzieliśmy jaki jest ich stosunek do określonych zjawisk. To w nich było i to dawało otwartość. Jakąś wiarę w to, że życie powinno się toczyć w miarę określonych wartości. Niezależnie od tego, czy jesteśmy w środowisku, które temu hołduje czy nie. Tak jest! Takie wartości są podstawą życia i tyle! I to wszystko sprawia, ze potem w dorosłym życiu, angażujemy się tak a nie inaczej, bo mamy ten posag.

M.D.: Jak wspomina Pani okres studiów? 

Poszłam na studia na Katolicki Uniwersytet Lubelski w siedemdziesiątym roku. Spotkałam tam tych wszystkich, dla których było to przyjazne miejsce po 68 roku. Pamiętam więc wielkich tamtych czasów. Ich słowa, losy – to mnie kształtowało. To miejsce, w którym studiowałam było również niesłychanie ważne. Pierwszy rok studiów skończyłam na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zawsze aktywna, byłam starostą roku, miałam dużo dobrych kontaktów. Wtedy nie organizowano wyjazdów integracyjnych dla młodych studentów, ale kazano jechać na praktyki robotnicze przed studiami. Musiałyśmy tam zajmować się polem i żniwami. Oczywiście żadna z nas tego nie umiała i tylko bąblami się to kończyło! Gdzie nam do ścierniska, do ustawiania snopków, pielenia kartofli i tego typu rzeczy! Ale byliśmy razem. To miało dla nas duże znaczenie jeśli chodzi o integrację. Jak wracałam z Lublina do domu, to bardzo dużo czasu spędzałam w akademiku. Dziewczyny były spragnione tego wszystkiego, co ja im mogłam z Lublina przywieźć.

M.D.: Czy ta uczelnia w czasach komunistycznych różniła się od innych uczelni?

E.K.: To była zupełnie inna uczelnia i zupełnie inna rzeczywistość społeczna. Był to taki czas jaki był i to miejsce, w szczególny sposób otaczało nas troską, a okazji do takich areopagów było każdego dnia całe mnóstwo. Spotykali się ludzie o bardzo różnych poglądach. To była katolicka uczelnia, – ale tam się wodą święconą nie kropiło. Tych wszystkich debat słuchaliśmy z „otwartą gębą" połowy nie rozumiejąc. Czasem były na zbyt wysokim poziomie wtajemniczenia. Ale sam fakt, był dla nas niesłychanie ważny. Tak oceniam to dzisiaj z perspektywy 35 lat. Ja w tamtym czasie nie byłam świadoma jaki to jest kapitał. Ja po prostu z niego czerpałam, bo on mi się pchał w ręce w naturalny sposób. Dzisiaj wiem jakie to ma znaczenie. Mam takie poczucie, że skoro mnie ktoś tym obdarzył, to powinnam się podzielić, nie zostawiać tego dla siebie. Taka jest właśnie postawa, którą wyniosłam z domu.

M.D.: Czy udało się Pani zarazić tą postawą własne dzieci?

Mogę absolutnie powiedzieć, że tak. I muszę dodać, że bardzo mnie to cieszy. Ale to jest coś takiego, czym nie można nie zarazić. W gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy jednak istotami społecznymi. Chociaż czasem możemy doświadczyć lęków. Jeżeli jednak stworzy się odpowiednie  warunki, które ten lęk złagodzą, to  każdy z nas potrafi bardzo wiele.

M.D.: Co Pani myśli o gdańszczanach, czy są społeczeństwem otwartym i niezależnym, czy zmierzają w tym kierunku?

E.K.: Powiedziałabym o gdańszczanach tak, wszyscy tu przyszliśmy skądś. Bardzo mało jest nas takich gdańszczan urodzonych tutaj, z pokolenia na pokolenie. Natomiast miałam okazję doświadczyć w Gdańsku, tak zupełnie fizycznie, tego co określamy czasem jako genius loci. To jest takie bardzo namacalne doświadczenie. Kiedyś Muzeum Historyczne Miasta Gdańska zorganizowało nam zabawę – grę historyczną. W momencie, kiedy otwierali salę multimedialną, która pozwala na realizowanie lekcji historii z uczestniczeniem dzieciaków.

Zabawiliśmy się w parlament miejski z czasów elekcji Leszczyński Wiśniowiecki, wówczas rozgrywała się walka polityczna pomiędzy stronnictwami obu tych elektorów. Byliśmy miejscowym gdańskim Parlamentem. Stawiano nam pytania i mieliśmy, jako rada miasta rozstrzygać jak powinniśmy się w tej sytuacji zachować. Każdy z nas dostał karteczkę, na której była teza: za albo przeciw, do której mieliśmy resztę osób przekonać. Nie bardzo z tego wynikało w którym my jesteśmy obozie. Okazało się, że podejmowaliśmy decyzje, jak przedstawiciele hanzeatyckiego miasta handlowego, które funkcjonuje jako wolna wspólnota kupców, mieszczan troszczących się przede wszystkim o rozwój miasta. Kiedy mieliśmy się tego nauczyć? My tego nie wyssaliśmy z mlekiem matki. Jest coś w tym miejscu tak silnego, że jesteśmy gotowi się z tym utożsamić. Mimo, że jak popatrzeć na historię każdego z nas, każdego z zastępców, szefa, sekretarza miasta, to okazuje się, że my tu przyszliśmy z zupełnie innych stron świata. Na przykład prezydent Adamowicz urodził się w Gdańsku, ale jego rodzinne korzenie są na Wileńszczyźnie. Nie było w tym ostatecznym wyrazie pracy parlamentu tych różnych wątków historycznych, a myśmy się dziwili dlaczego?

M.D.: To rzeczywiście niesamowite doświadczenie.

E.K.: I pani mnie pyta czy gdańszczanie są społeczeństwem otwartym i niezależnym. Gdańszczanie są bardzo różni, ale właśnie to, że z różnych stron przyszliśmy, jeśli mamy tutaj żyć, podwójnie wymaga konieczności dogadywania się i porozumiewania ze sobą. I ja bym się nie przerażała tym, że też jesteśmy takim miastem w którym o wiele rzeczy jest trudniej. Trudniej się dogadać w sprawach społecznych. Możemy się kłócić, możemy mieć różny ogląd tego co się tutaj dzieje, ale mądre zarządzanie taką społecznością to także wykorzystanie tej aktywności w sposób twórczy. Oczywiście nasze działanie może iść w destrukcję i możemy sobie uniemożliwić rozwój w jakimkolwiek kierunku. Mnie się tylko marzy, żeby może przy pomocy środków masowego przekazu, bardziej nastawić się na wynajdywanie tych rzeczy, które są właśnie mądrym konsensusem. Czymś pozytywnie wychodzącym z jakiejś trudności, z jakiegoś konfliktu interesów, aniżeli tylko podkreślaniem tego, że się konfliktujemy, że się nie zgadzamy. Szukajmy pozytywnych racji, propozycji, sposobów, rozmawiajmy o nich.

Część druga wywiadu

Autor tekstu : Magda Wawrzyniak