Psycholog radzi: Budowanie więzi z adoptowanym dzieckiem

więzi rodzinne

O narodzinach dziecka decyduje często poryw namiętności. Decyzję o adopcji podejmujemy na chłodno; nikt nas do rodzicielstwa nie zmusza, nie możemy powiedzieć: „no cóż, stało się”. Nie możemy zasłonić się biologią ani Panem Bogiem. Dziecka przybranego nie zsyła nam los – ono już jest, niezależnie od nas, a my postanawiamy związać jego życie z naszym. To sprawa wielkiej wagi. Dziecko przeznaczone do adopcji zostało już raz zranione przez własnych rodziców. I nie można mu tego zrobić po raz drugi, nie można go zawieść. Nasza decyzja musi być nieodwołalna.

Ludzie mówią nieraz „Nie wiadomo, co takiego dziecko ma w genach”. Geny to… loteria. Każdemu może urodzić się syn czy córka z ciężkim defektem genetycznym. A dzieci z domu dziecka wcale nie muszą być „dziedziczne obciążone”. Wiele matek oddaje dzieci, bo są nieprzygotowane do macierzyństwa, psychicznie i społecznie. Co do tego mają geny? Zresztą zaledwie 5-7 procent rodzin adopcyjnych ponosi porażki wychowawcze. To znakomity wynik, znacznie lepszy niż w rodzinach biologicznych! Bo ludzie decydują się na adopcję świadomie. Są do roli rodziców wewnętrznie dojrzali. Można powiedzieć, że ich rodzicielstwo jest licencjonowane w ośrodkach adopcyjnych, inaczej niż biologiczne (każdy może sobie „zrobić” dziecko, często zupełnie nieodpowiedzialnie).

Obowiązek kochania?
Rodzice adopcyjni nie powinni czuć się zobowiązani do miłości. Muszą zwolnić samych siebie z obowiązku kochania i postawić sprawy naturalnemu biegowi. Miłość jest darem i nie sposób jej z siebie wykrzesać na siłę. Nie można pokochać na mocy decyzji.

Ale nawet jeśli nie będzie wielkiej miłości, to może być bliskość, ciepło, zaufanie, przyjaźń, szacunek. A to niemało. Już samo to, że tworzymy rodzinę, w której wszyscy się o siebie troszczą i każdy coś do tego rodzinnego ogniska dokłada, jest ogromnie cenne. Dziecko ma dom, swoje miejsce na ziemi. Swój własny dom zamiast domu dziecka.

KURSY ONLINE:
Kurs online Zrelaksowana MamaZrelaksowana Mama
Jasna, zwarta, praktyczna, mądra i nowoczesna pomoc online
w wychowaniu dzieci. Sprawdź!

Dziecko myśli tak „Ktoś mnie wziął, więc powinienem być wdzięczny, powinienem się starać”. W ten sposób zaciąga wobec siebie poważne zobowiązanie, któremu nie potrafi sprostać. Może nawet zacząć sprawdzać, czy rodzice będą go chcieli, nawet jeśli nie będzie się starać, jeśli zacznie zachowywać się źle. W ten sposób dzieci testują nieraz wytrzymałość rodziców, moc ich decyzji, siłę tego związku. Trzeba więc zwolnić dziecko z poczucia, że jest naszym dłużnikiem. Powiedzieć: „To my chcieliśmy cię mieć, nie poświęcamy się, nie robimy Ci łaski, nie wystawiamy rachunku”. Przybrane dzieci są wobec takich rachunków bardziej bezbronne. Dziecko biologiczne może powiedzieć „Ja się na świat nie prosiłem…”, a adoptowane myśli: „Wybrali właśnie mnie i to ja ich zawiodłem…”.

Dziecko musi wiedzieć, że jest adoptowane
Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Każdy człowiek ma święte prawo do tego, by znać prawdę o sobie. To nie tylko nakaz moralny. Rodzimy się, bo mamy tu – głęboko w to wierzę – jakieś zadanie do wykonania, jakąś lekcję do odrobienia. I to, że zostaliśmy porzuceni przez naszych rodziców, a potem ktoś nas adoptuje, jest ważnym elementem tej lekcji. To najistotniejszy wątek naszej historii – musimy o tym wiedzieć i jakoś sobie z tym poradzić.

Jeśli rodzice nie powiedzą dziecku prawdy, to nigdy nie będą się z nim czuli swobodnie; będą musieli strzec tajemnicy. Nie da się zbudować bliskiego związku na kłamstwie. Zresztą dziecko i tak, prędzej czy później, dowie się prawdy, a wtedy raz na zawsze straci zaufanie do rodziców. Nawet jeśli będzie rozumiało, że oszukiwali go w najlepszych intencjach. Bo to jedne z tych intencji, którymi jest piekło wybrukowane.

Prawda, nawet najtrudniejsza, zawsze jest mniej straszna od tego, co dziecko może sobie samo wymyślić, od wszystkich lęków, od szukania winy w nim samym.

Rodzice biologiczni
Jeśli dziecko (na ogół jest to już młody człowiek) zechce poznać swoich naturalnych rodziców, to trzeba mu w tym pomóc. Najpierw uprzedzić, ze spotkanie może być trudne. A potem, kiedy boryka się ze swoimi przeżyciami, być dla niego oparciem.

Rodzice czy opiekunowie?
Może lepiej nie nazywać przybranych rodziców „rodzicami”, może trafniejsze byłoby określenie „opiekunowie”? Choć przecież każdy chciałby mieć w życiu kogoś, do kogo mógłby się zwracać „mamo”, „tato”. Najlepiej więc chyba powiedzieć: „ja nie jestem twoim biologicznym tatą, ale jak chcesz, możesz tak do mnie mówić. Możesz też mi mówić po imieniu albo wymyślić imię, którym tylko ty będziesz mnie nazywać”. I jasno, bez ogródek: „Gdzieś jest Twoja mama, która nosiła Cię w brzuchu, ona Cię urodziła, a ja jestem Twoją zastępczą mamą. Tamta nie mogła się Tobą opiekować. Teraz ja będę się Tobą opiekować.”

Szlachetne motywy
Ostrzegam rodziców przed myśleniem” „Stworzyłem dziecku dom, jestem szlachetny, poświęcam się, działam dla dobra ludzkości”. Jeśli będziemy obnosić taki wizerunek, dziecko będzie miało poczucie, ze do nas nie dorasta, że nigdy nie sprosta naszym oczekiwaniom. Zresztą rodzice, którzy przypisują sobie tak szczytne motywy, będą mało odporni na trudności, jakie towarzyszą wychowaniu. Zostawią dziecku bardzo niewielki margines na popełnianie błędów, nie pozwolą mu na wyrażanie negatywnych uczuć. Będzie musiało być równie wspaniałe jak oni i może nie udźwignąć tej misji, może się przeciw przybranym rodzicom zbuntować. Możliwy jest też inny scenariusz. Dziecko pomyśli: „Adoptowali mnie, żeby udowodnić sobie, jacy są niezwykli, wspaniali. Ja im służę za dowód ich szlachetności”. Niech ci, którzy czują się tacy szlachetni, pomyślą, w jakiej sytuacji stawiają dziecko! I niech się z ta swoją szlachetnością schowają i spojrzą prawdzie w oczy: jeśli decydują się na wzięcie dziecka, to robią to z własnej potrzeby. Dobrze, żeby to była zwykła ludzka potrzeba przyjścia komuś z pomocą.

Autor tekstu : Wojciech Eichelberger - psycholog, psychoterapeuta