Moja Mama… Wspomnienia dorosłej córki

Wspomnienia o matce

Moja Mama chciała być kiedyś aktorką, pragnęła się wcielać w przeróżne postaci, być z każdą nową rolą kimś innym, raz Sierotką Marysią, innym razem Lady Makbet. Wkładać stroje, jakich sama nigdy nie założyłaby i mówić rzeczy, których nie odważyłaby się wypowiedzieć publicznie. Malować jaskrawoczerwoną szminką usta i być podziwianą za talent. Później przez chwilę myślała o tym, by zostać przewodnikiem turystycznym w Tatrach – zafascynowały ją góry, szlaki, tamtejszy klimat, możliwość obcowania na co dzień z naturą i z innymi ludźmi. Ale największe marzenie Mamy to podróże – pewnie gdyby miała możliwość to nie wyciągałaby nawet rzeczy z plecaka, a wsiadała w kolejny samochód, pociąg, samolot i pędziła przed siebie. Mogłaby później pokazywać innym zdjęcia z takich wypraw i może nawet udałoby się jej te wszystkie nowe miejsca opisać.

Tak naprawdę mama zawsze podkreślała, że interesuje ją niezależność i wolność; że wszystko, co chciałaby robić w życiu nie powinno być wciśnięte w ciasne ramy zniewolenia . I kiedy rodzice mówili jej, że zegar biologiczny tyka, a jego wskazówki raz poruszone do przodu, nigdy się nie cofną, wówczas ona wzruszała ramionami albo mówiła coś zupełnie niestosownego, tak jak niestosowne jest stanie na jednej nodze na przyjęciu pełnym koniaku, kryształowych wazonów i Ferrero Rocher. Jak już mówiłam, interesowała ją, oczywiście z zachowaniem pewnych zasad moralnych, wolność w każdym jej przejawie – bez narzucania granic, ram czasowych, trendów, standardów i treści.

Ale potem pojawił się niespodziewanie mój Tata, przez co siłą rzeczy pewne „niezależnościowe” poglądy uległy weryfikacji, no a później ja – i to był przewrót, można powiedzieć że nawet rewolta, i nie jest to ani trochę przesadzone stwierdzenie.

„Naprawdę nie wiem jak miałabym to wszystko opisać, Jej pojawienie się na świecie, pierwsze wzięcie na ręce, Ona była taka malutka…” – mówiła kiedyś Mama przez telefon swojej przyjaciółce, mieszkającej daleko stąd, która zażyczyła sobie mailowej relacji z mojego przyjścia na świat. Mama nie wiedziała jak do tego podejść; wielokrotnie siedząc przed monitorem oczy jej krążyły po ścianach i suficie, a palce tkwiły nieruchome na klawiaturze, bo zdania nie potrafiła rozpocząć, i choć często myślotok na mój temat wręcz ją przytłaczał, tak wtedy, jak i teraz, nie umiała go okiełznać. A gdy już zaczęła tego maila pisać to było to, jak twierdziła, nie konkretnie o mnie, ale o kupce dziwnego koloru czy o śpioszkach w misiaczki. Wszystkie inne zdania brzmiały dla niej zbyt wylewnie, więc wciskała delete czy backspace, aż w końcu zapiski kurczyły się do kilku myśli i to zupełnie nie takich, jakie rzeczywiście chciała wyrazić. „Nie wiem jak pisać o Julii, bo mam wrażenie, że każde zdanie na jej temat brzmi płasko i sentymentalnie, momentami nieznośnie patetycznie; że nie oddaje tego, co tak naprawdę czuję” – powtarzała Mama w kółko tej swojej przyjaciółce. I rzeczywiście, żeby napisać o ulubionej książce czy choćby scharakteryzować jakąś osobę uciekając się do porównań czy cytatów z innych książek, Mama nie miała (i nie ma nadal) takich barier i pustki w głowie, natomiast jeśli chodzi o mnie, od razu zaczyna się zastanawiać jak mnie ubrać w słowa, żeby nie przejaskrawić mojego wizerunku, ale też by go zbytnio nie zmatowić banałem. I nie dlatego, że mojej osobie poświęca najmniej uwagi – jest dokładnie wręcz przeciwnie. Kiedyś słyszałam jak mówiła, ze zazdrości Mamom, które o swoich dzieciach piszą niemal epopeje czy kroniki – ona nie potrafi i już. „Wolę zrobić jej zdjęcie” – mówi często, po czym bierze aparat i zaczyna mnie obskakiwać ze wszystkich stron.

Jak więc widać, myśli na mój temat nie dają się Mamie ugłaskać, więc postanowiłam ją wyręczyć. Czy uda mi się opowiedzieć o tym, jak przewróciłam jej życie do góry nogami, obróciłam o 180 stopni i wywróciłam na druga stronę – nie wiem. Bo to przecież nie jest tak proste jak przewrócenie oczami, obrót na pięcie czy wywrócenie koszuli na lewą stronę. Robię to dla niej nie tylko dlatego, że jestem bohaterką jej życiowej rewolucji od ostatnich trzech lat, ale też po to, bo ciągle marudzi, że ona nigdy tego sama nie zrobi – spisuję jej wspomnienia, a mój głos jest myślą Mamy.

„No nie wiem jak to będzie…” – słyszałam te słowa, gdy jeszcze pływałam w bezpiecznym i ciepłym akwarium pod powłokami jej brzucha. W pewnym momencie, chyba wtedy, gdy zaczynało mi się tam robić trochę ciasno, coraz częściej słyszałam takie wątpliwości. Roztrząsała je w rozmowach z przyjaciółkami, podczas których żaliła się, że nie poradzi sobie z tak wielką odpowiedzialnością. „Nie chodzi przecież o coś tak prozaicznego jak zmianę pieluchy, tego się przecież nauczę, skoro dałam radę ogarnąć wzory biochemiczne czy toksykologię środowiskową to nauczę się też obsługi pieluszki czy układania dziecka na ręku. Chodzi o coś znacznie bardziej skomplikowanego – o to całe tzw. wychowanie. Czy nie zabraknie mi do tego cierpliwości? Czy będę umiała być jedną z tych mam wspaniałych, o których piszą w książkach? Takich, co to są w stanie wszystko pogodzić – i pracę i karmienie i pieluchy i kształcące zabawy i samorealizację i fitness i jeszcze do tego pakiet czułości i dobroci dla każdego?”. Dobiegał mnie tylko śmiech tych przyjaciółek, które chwilę później rzucały się w słowotok zapewnień, że „no przecież jak to, co za głupoty wygadujesz, oczywiście, że będzie dobrze!”. Jak to przyjaciółki. A ona ciągle swoje, że dla niej myślenie o sobie w roli matki jest tak trudne jak próba wyobrażenia sobie kwadratowego koła. Marudziła zawzięcie, że nie może utworzyć w myślach swojego wizerunku matki; siebie cierpliwej, wytrwałości pełnej, troskliwej, pomocnej, wyrozumiałej, czyli takiej, jaka powinna być każda matka. Ucieleśnieniem cnót z górnej półki, a nie kimś, kto być może do takiej roli jeszcze nie dorósł. I często wyjmowała jakiś plik zdjęć, na co koleżanki żywo reagowały, a wtedy zaczynała się biadolenia litania cała. „No i spójrzcie na to, i ja mam być mamą! Ktoś tak niepoukładany jak ja! Na przykład to zdjęcie, na którym jestem w glanach, to było na koncercie Kultu…chętnie bym jeszcze w takich butach pochodziła…. Tutaj z całą moją paczką na jakimś ognisku, to było życie, beztroska… A tu jechaliśmy akurat na festiwal filmowy, to był nasz najlepszy czas, niestety nie do powtórzenia, bo niektórzy ludzie mentalnie się pozmieniali, zmieniły się ich priorytety, miejsca zamieszkania, stany cywilne. A na tym zdjęciu jest kolega kolegi z Krakowa; na jednym z wesel włożył sobie w swoje długie włosy mnóstwo kolorowych parasolek z drinków, tańczyliśmy całą noc, a potem odgrywał scenki z kabaretów, szaleństwo! Jeszcze bym tak chciała. I jak myślę o tym to wyć mi się chce, że te czasy nie wrócą, a teraz nas czekają tylko obowiązki i dni powtarzane refrenem codzienności….”

Dość. Mamie zdarzały się takie chwile, z pewnością dodatkowo spotęgowane burzą szalejących hormonów, ale wielkimi krokami zbliżałam się, by ją zachwycić i spowodować nieodwracalne zmiany. Choć prawdopodobnie pewne niewielkie symptomy przemian zaszły zanim jeszcze wydałam swój pierwszy krzyk. Przez całe dziewięć miesięcy Mama przejmowała się by było mi dobrze w mieszkanku, które dla mnie przygotowała. Wariowała ze zdrowym odżywianiem – z wielką skrupulatnością czytała wszystkie na ten temat artykuły – co, jak i kiedy powinna jeść i wielkie miała wyrzuty sumienia, gdy jeden jedyny raz popełniła przestępstwo zjedzenia pół miski zupy chińskiej instant krabowej marki Vifon, z Radomia! Poza tym dbała o swoje zdrowie jak nigdy dotąd: regularnie kontrolowała wszystkie parametry, analizowała je sama, przyjmowała szereg witamin w postaci zarówno stałej czy kropelkowej, ale też w warzywach, a nawet owocach, których nigdy nie lubiła. „Wszystko dla Niej” – mówiła, zmuszając się do konsumpcji jabłka. Trzeba jej przyznać, że naprawdę starała się wówczas być pod tym względem odpowiedzialna, już od samego początku, czyli od momentu jak byłam najpierw mikroskopijna, później papierkowata, fasolkowata, póotem taka jak oko, pięść i główka sałaty. Aż do teraz. Bo gdy już się pojawiłam na świecie ta odpowiedzialność początkowo nieco ją przytłoczyła. Co innego dbać o papierek, który dojrzewa w ciepłym lokum twojego ciała, a co innego, gdy trzeba się nim zająć już dosłownie – wykąpać, przewinąć, nakarmić, zawalczyć o jego dobry sen, rozsiać aurę bezpieczeństwa w miejscu jeszcze obcym i nowym. Gdy tylko pozwolono jej wziąć mnie na ręce, bała się mnie dotknąć, mimo iż bardzo tego chciała – podsłuchałam pierwszą taką rozmowę w szpitalu, jak żaliła się Tacie, że jestem zbyt krucha. Obserwowała mnie jak leżałam w łóżeczku i próbowałam się odnaleźć w nowej dla siebie rzeczywistości. „Myślisz, że ona już się odnalazła w nowej rzeczywistości? To musi być dla niej prawie metafizyczne doświadczenie..” – mówiła do Taty. Czy już wtedy coś się zmieniło? Nie wiem. I Mama też nie wie czy miłość do mnie rozżarzyła się w tamtej chwili jak gigantyczne słońce, podłączone dodatkowo do prądu. Żądne relacji koleżanki, które pytaniami w stylu „i jak? i jak?” zarzucały Mamę, skłaniały ją do odpowiedzi typu „w porządku”, „jakoś leci”, „no dajemy sobie radę”. Tylko w chwilach większej wylewności pękał w niej balon ze słowami: „Ona była taka piękna, śliczna jak żadne inne dziecko wtedy w szpitalu, ale nie wiem czy to była miłość od pierwszego wejrzenia. Ja myślę, że miłość przyszła z chwilą, gdy nastąpiły nasze próby docierania do siebie w codziennym życiu, nasze ciche rozmowy czy raczej moje monologi; te godziny spędzone na znajdowanie szyfrów naszego tajnego porozumienia i te kilometry wspólnych spacerów. Tak myślę, że więź między nami zacieśniała się coraz bardziej podczas codziennych rytuałów, przytulań, chwil śpiących, czasu poświęconego na śpiewanie piosenek czy czytanie książeczek, na zabawach w chowanego pod kołdrą czy tłumaczenie że to trzeba robić tak, a tamtego tak nie.” Mama postanowiła się na mojej osobie nauczyć cierpliwości i opanowania, których zawsze bardzo jej brakowało, i rozpoczęła w tym kierunku mozolną pracę. „Dzięki Bogu, nie okazuje się ona syzyfową” – mówiła zadowolona z siebie, ale i świadoma swoich niedociągnięć. Bo to nie jest tak, że nauczyła się i już. Stwierdza z pełną stanowczoscią, że ciągle musi sobie podnosić poprzeczkę jeśli chodzi o ćwiczenie cierpliwości. Czasem tylko, może przez zmęczenie? chwilowy niedobór energii? mówi coś w stylu „Aaaa, zaraz wyjdę z siebie i zatańczę obok!”. Ostatnio jej odpowiedziałam „Dobrze, to zatańcz ze mną mamo, zatańcz.” Rozbawiła się tym bardzo i nie wiedzieć czemu na moje włosy spadł deszcz pocałunków.

Trudno mi uwierzyć w to, że Mama kiedyś nie tolerowała dzieci. Nawet zaraz po tym, jak się pojawiłam, utrzymywała pogląd, że nie lubi innych dzieci, tylko mnie. Teraz, gdy przychodzi po mnie do przedszkola, sama zagaduje moje koleżanki i kolegów. Ostatnio słyszałam, jak zwierzała się Oli Z Gniazdo-Warkoczem Na Głowie, że nie umie równo pomalować sobie paznokci, nie mówiąc już o zapleceniu warkoczyka. Ola była zachwycona. A innym razem przekonywała Anię Co Z Krecikiem Się Nie Rozstaje do jedzenia zielonych liści sałaty, wplatając w to sprytnie historyjkę o farmie Old McDonald′a. I szło jej całkiem nieźle – o mały włos ja sama dałabym się namówić na to szaleństwo! I oczywiście to swojej osobie muszę nieskromnie przypisać to, że Mama nauczyła się tkać tę nić porozumienia między sobą a małymi ludźmi. To dzięki mnie stara się traktować ich poważnie. „Nie ma głupich pytań” – mówi i po chwili tłumaczy mi całkiem poważnie dlaczego nie chciała być żoną dziadka, albo dlaczego wujek W. nie może zostać pasikonikiem.

Zauważyłam też jedną prawidłowość – coś, czego Mama (wnioskując z jej relacji) nabawiła się przeze mnie, a mianowicie chodzi o zwiększoną skłonność do wylewności i wzruszeń. Płacze na filmach znacznie częściej niż kiedyś i absolutnie nie może oglądać takich, w których tematem wiodącym jest tragedia jakiegoś dziecka. Słyszałam jak mówiła do koleżanki, że emocjonalnie „wysiada” widząc na ulicy zapłakane dzieci i rozwrzeszczane nad nimi mamusie, nie mówiąc już o przykładach patologii, której przecież nie da się nie zauważyć na ulicach, a której niestety największymi ofiarami są zwykle smutne, zaniedbane dzieci . „Za każdym razem mam ochotę interweniować, no!” – wykrzykuje później zbulwersowana, a chwilę potem ma już łzy w oczach, i znów wściekłość, i łzy, i tak na okrągło.

Jest jeszcze coś, co Mama mi zawdzięcza. Mam wrażenie, że zdołała już pogodzić się z bezpowrotnie utraconym czasem, swoimi przeszłymi latami, które zawsze wspominała z rozrzewnieniem, czasem nawet ocierając się o melancholię. Na urodzinowej kartce z okazji 30-tki swojej koleżanki Mama zacytowała jednego ze swoich ulubionych pisarzy – Milana Kunderę, który powiedział, że „Brak tęsknoty jest dowodem na niewielką wartość przeszłego życia”, a ponadto dodała (już od siebie, chcąc trochę pocieszyć koleżankę, która wolałaby raczej świętować swoją 20-tkę), że intuicja podpowiada jej, że przyszłość nie rysuje się wcale tak najgorzej. Zweryfikowała też swoje wcześniejsze przekonanie, że skończą się wszystkie „swobody”, na które mogła sobie pozwolić zanim się urodziłam – dziś śmieje się ze swoich obaw, bo pojutrze ma zaplanowany z przyjaciółkami „babski wieczór”, a niebawem też koncert, na który bardzo chciała pójść i podejrzewam, że gdyby miała w szafie glany to pewnie by je włożyła. Lubię, gdy Mama jest szczęśliwa i cieszy się z takich drobnych przyjemności – wtedy ma energię i dzieli się nią ze mną bardzo chętnie, stąd prosty rachunek, że ja też czuję się wówczas szczęśliwsza. „Patrząc na Julę mam wrażenie, że czas się dopiero otworzył jak szerokie drzwi, przez które trzeba wbiec, bo tyle jest jeszcze do zrobienia. Muszę jej pokazać miejsca dla mnie ważne. Przeczytać książki, które czytałam w jej wieku i które mnie w jakimś sensie ukształtowały. Obejrzeć „Akademię Pana Kleksa”, pierwszy film, na którym spałam w kinie. Posłuchać piosenek Turnaua, w których kotek wziął skrzypce i przygrywa rybce, gdzie tygrysek nie chce jeść żołędzi, a na wzrok krótki najlepsze są niezabudki (co to są właściwie te niezabudki???). Pokazać jej Kazimierz Dolny. I Włochy. Popływać w morzu i pojeździć na nartach. Nauczyć ją odróżniać białe od czarnego. Pomóc w nauce tabliczki mnożenia, polskiej gramatyki, słów pacierza, nazw krajów i oceanów. Wykształcić w niej zachwyt nad pięknem. Uwolnić ją od lęków. Rozbujać wyobraźnię. No dużo, dużo jest do ogarnięcia”.

Mama mówi, że cały czas uczy się zarówno mnie, jak i siebie samej. Nie wiem do końca co to znaczy. Ciągle powtarza, że puste miejsca są po to, by je zapełniać. „Nie przejmuję się już tym, że czegoś nie wiem, że dużo jest niezrozumiałych słów, których znaczenia muszę szukać w słowniku. Że w podskokach skocznej polki pomyliłabym dziecinnie proste kroki, taki ze mnie wybitny tancerz…Wszystkiego można się nauczyć i do wszystkiego dojrzeć” – pisała niedawno, jednocześnie podkreślając, że wcale nie jest jakimś fantastycznym, podręcznikowym przykładem metamorfozy z roztrzepanej dziewczyny, która buntowała się nader chętnie, do ułożonej i stonowanej mamy, która aurę dobra wokół siebie roztacza, jest oazą spokoju czy oceanem dobroci. Ale skoro coś się zaczęło zmieniać, a czas nie stoi w miejscu tylko ciągle pogania nas do przodu, to jest przecież jakaś nadzieja, że zmiany pójdą dalej w odpowiednim kierunku. Nie od razu Rzym zbudowano, czy jakoś tak… Jestem przecież dla Niej nie lada wyzwaniem.
„Dla Niej warto walczyć o lepszą siebie” – napisała Mama ostatnie na dziś zdanie w komputerze, przeczytała je głośno i myśląc, że nie słyszałam, najzwyczajniej w świecie udała się do kuchni by przygotować kolację.

 

 

Autor tekstu : Agnieszka Jagodzińska - Kurta



ZOBACZ TAKŻE:Dzień Matkimiłość