Wspomnienia z brzuchem w roli głównej

Pamiętnik polskiej trzydziestolatki XXI wieku. Radości, problemy, rady i nierady współczesnych mam, a także znaki naszych czasów – wszystko to jak na dłoni w opowieści Pani Elizy Doleckiej.

Obcy 2 – czyli powtórka z rozrywki

Czasy nastały takie, że ktoś, kto ma więcej niż jedno dziecko w wielu środowiskach uchodzi za szaleńca, bądź nieuświadomionego dziecioroba. Ci, którzy zgadzają się z rosyjskim porzekadłem: „Boh trojcu lubit”, to już z pewnością patologia. Tymczasem my, znaczy ja i mój mąż Sławek, jeszcze przed ślubem, ustaliliśmy zgodnie, że trójeczka (nie mylić z rozmiarem stanika) to marne minimum. Oczywiście nie upieraliśmy się, że wszystkie dzieci muszą być koniecznie „z brzucha” – rozważaliśmy też „wybrane”, bo to przecież takie samo szczęście – ale duża rodzina miała być podstawą planów życiowych.

Pięć lat minęło

Los szybko jednak ustawił nas do pionu i zmusił do weryfikacji planów. Moje nerki i układ krwionośny fatalnie znosiły pierwszą ciążę. Nasza córeczka urodziła się bardzo chora i wiele miesięcy przyszło nam spędzić w Centrum Zdrowia Dziecka. Przez kolejne wymagała na tyle intensywnej opieki, że następne dziecko nie pojawiało się nawet w myślach. Cud (i pomoc wybitnych specjalistów), który pozwolił córce wrócić w pełni do zdrowia, nie mógł pokonać długo moich lęków. Nie miało znaczenia tłumaczenie lekarzy, że choroba Zosi nie jest dziedziczna, że ryzyko „powtórki z rozrywki” jest mniejsze, niż szansa wygranej w totolotka. Bałam się piekielnie. Nawet adopcji, bo przecież każde dziecko może zachorować…

Aż wreszcie do mnie dotarło, że będę (a może już jestem) matką toksyczną. Taką, co chucha i dmucha, nie pozwala się usamodzielnić, karmi strachem… Że wychowam Zochę na potwora, egoistkę, skupioną na sobie. Że z czasem mnie znienawidzi może. A kiedy się wyprowadzi, umrę z rozpaczy. Nic nie pomoże fakt, że staramy się przy niej nie rozmawiać o przeszłości, że próbuję zapomnieć i żyć, jak gdyby nigdy nic. Dziecko wyczuje, jak wiele zmieniła we mnie jej choroba (bo kiedyś przecież pozna tę historię ze szczegółami). I że zmiany nie zawsze są na lepsze.

Wiem, że dzieci należy mieć bez celu ukrytego. Same w sobie są wartością najwyższą i powinno się je mieć dla nich samych. Tak jest w naszym wypadku, jednak pojawił się powód dodatkowy: rozłożenie strachu. Bo przecież bojąc się o dwoje dzieci, o każde z osobna można już lękać się trochę mniej. Nie wiem, co na to powiedziałby psychiatra, ale po ponad pięciu latach decyzja zapadła: Zosia będzie miała rodzeństwo. Tym bardziej, że mój mąż uporał się z demonami znacznie wcześniej i znowu marzył o powiększeniu rodziny.

Przygotowania

Od decyzji do realizacji droga bywa kręta. Rozpoczęliśmy od rozpoznania sytuacji. W mieszkaniu o powierzchni 40 m. kw., które służy nam również za biuro, ciężko zmieścić się we troje. Życie na takiej powierzchni we czworo, w mojej ówczesnej ocenie, nawet nie graniczyłoby z cudem – jest po prostu niewykonalne. Zatem postanowiliśmy zbudować dom. A dokładniej – wziąć kredyt, by kupić ziemię, a potem postawić na niej coś odpowiedniego. Ziemia pod Warszawą jest droga piekielnie, ale trafiła się „okazja”, zatem ten element układanki wyglądał na najprostszy.

Jako wieczni bezetatowcy dla banku jesteśmy partnerem średnim, chociaż mąż prowadzi działalność gospodarczą i ma dochody wyższe od przeciętnych, a i ja nie narzekam na brak zleceń. Przyznanego kredytu na ziemię wystarczyło, na dom już nie. Postanowiłam podjąć pracę etatową. Znalazłam ją zaskakująco szybko i łatwo. Zatem kolejny punkt w planie został zrealizowany…

Mój zegar biologiczny, jak każdy przecież, cyka cały czas. I już nie mam lat 18. Trzydziestka także za mną, chociaż magiczne 35 zdecydowanie przed. Nagle do mnie dotarło, że z płodnością u pań w tym wieku jest już jednak gorzej, niż wtedy, gdy staraliśmy się o Zochę. Postanowiłam, że nie będziemy pomagać naturze. Żadnego seksu na zawołanie, bo właśnie „dojrzewa jajeczko”, żadnych leków, testów, oglądania plemników. Zdajemy się na los. Jeśli dziecka nie będzie do dwóch lat, dajemy sobie spokój. W międzyczasie budujemy dom, ja sprawdzam się jako pracownik w systemie „dupogodzinowym” (proszę wybaczyć, ale tak oceniam tradycyjną pracę „od do”, zamiast zadaniowej) i możemy dziecko adoptować. Bo przecież teraz nie możemy – na 40. metrach można mieć i tuzin własnych pociech, ale ani jednego „wybranego”.

Istotną kwestią było znalezienie doskonałego lekarza. Takiego, który będzie cierpliwie znosił marudzenie baby po trzydziestce, po przejściach, a zarazem nie zlekceważy realnych zagrożeń. Takiego, któremu uda się zapanować nad moimi emocjami, jeśli wrócą problemy z nerkami (a wszyscy mówili, że mogą wrócić). Nie chodziło mi o modnego specjalistę, z ogromem tytułów przed nazwiskiem. Raczej kogoś, komu zaufam bezgranicznie. Tylko skąd kogoś takiego wziąć?

Efekty

Liczyłam się z tym, że na dziecko przyjdzie nam poczekać, ale absolutnie nie brałam pod uwagę, że zajdę w ciążę niemal natychmiast. A zaszłam. Jeszcze dobrze nie poznałam imion współpracowników, jeszcze umowy nie dostałam do ręki, a już zagnieździło się maleństwo. Nie miałam o tym zielonego pojęcia. I trochę czasu upłynęło, nim się dowiedziałam, bo czekałam na przeczucie.

Przeczucie towarzyszyło mi w pierwszej ciąży od chwili poczęcia. Wiedziałam, po prostu wiedziałam, od razu, że zdarzył się cud. Nawet zapytałam wtedy bardziej doświadczoną koleżankę: „Baśka, to prawda, że kobieta wie? Bo jeśli wie, to od wczoraj jestem w ciąży”. No i byłam. Znałam też płeć dziecka!

Tym razem fasolka rosła, a ja pozostawałam w nieświadomości i czekałam na znak.

Jeszcze nie wiedząc o dziecku, a będąc już w ciąży, znalazłam odpowiedniego ginekologa, a właściwie ginekolożkę. Byłam służbowo w Szpitalu Bielańskim i przypadkowo rozmawiałam z pewną panią doktor. Niewiasta piękna, zgrabna, mądra, nowoczesna i wiarygodna, a zarazem wzbudzająca sympatię… Do tego dnia uważałam, że takie nie istnieją, a jeśli nawet, to ich z zawiści nie polubię… Pomyliłam się. Pomyślałam od razu, że chciałabym, by to ona opiekowała się mną w ciąży. Szkoda, że nie zapytałam, jak się nazywa…

Komplikacje

O tym, że jestem w ciąży, nie pomyślałam nawet wtedy, gdy dopadły mnie mdłości. Stawiałam na zatrucie pokarmowe, zwłaszcza, że za pierwszym razem nie miałam tego rodzaju dolegliwości. Gdy zaczęłam pochłaniać kurki w occie i śledzie w śmietanie, zastanawiałam się, czy nie mam aby niedoboru witaminy C. W pierwszej ciąży przecież śmiałam się z zachcianek, a jeśli już coś mi szczególnie smakowało, to musiało być słodkie i łagodne… Dopiero informacja mojej sąsiadki-przyjaciółki, że zostanie mamą, przywróciła mi rozum. Bowiem Wiolka przeczuć i znaków nie miała, a ciążę stwierdziła z pomocą testu. Poszłam w jej ślady, z tym samym efektem. I niech jeszcze ktoś powie, że doświadczenia z pierwszej ciąży są przydatne… Kobita po 30-tce, wyedukowana ponoć, a głupia… Wstyd pisać.

Na szczęście odnalazłam panią doktor z Bielańskiego, Marzenę Samsel. Przeczucie co do niej rzeczywiście mnie nie zawiodło. Jej spokój, a zarazem skrupulatność, powaliły mnie na kolana. Podobnie jak pewna decyzja gminy, chociaż w tym drugim przypadku „powalenie” miłe nie było.

Gmina, w której zamierzałam się osiedlić z mężem i dziećmi, uprawiać ogórki i hodować psy, na mojej „okazyjnie kupionej” ziemi, zaplanowała drogę do nikąd. Było zatem oczywiste, że trzeba zacząć sobie wyobrażać mieszkanie we czwórkę na 40 metrach przez czas jakiś, bo cofnięcie kretyńskiej decyzji administracyjnej w Polsce łatwe nie jest.

We mgle zaczął także rozpływać się kredyt. Miałam bowiem świadomość, że pracodawca nie ucieszy się szczególnie, gdy dowie się o mojej ciąży. Stała umowa o pracę wydawała się nierealna…

Przez moment chciałam nawet zachować się nieprzyzwoicie i nie przyznać do ciąży, póki nie dostanę umowy na czas nieokreślony. W końcu zwykle to pracodawcy wykorzystują ludzi, ciąża nie zbrodnia, a ewentualne dodatkowe koszty i tak ponosi państwo… Nie było mi dane tego zrobić. W 13. tygodniu ciąży zachorowałam na anginę. W ciągu kilku dni, w wyniku powikłania, miałam już zapalenie płuc. O szybkim powrocie do pracy nie było mowy. A pracodawcy przecież nie potrzebują chorych: w ciąży, czy bez. Na otarcie łez pozostało mi przedłużenie umowy do dnia porodu. Tyle gwarantuje prawo.

Tak miało być

Paradoksalnie – choroba mnie nie załamała. Zrozumiałam, że przeznaczenia nie oszukam. Zapalenie płuc w ciąży to sprawa poważna, ale w żaden sposób nie związana z wcześniejszymi problemami. Mogło się przytrafić kobiecie w każdym wieku, niezależnie od tego, czy miała wcześniej kłopoty zdrowotne w ciąży, czy nie. Ba, mogła dopaść i za pierwszym razem, bez obciążeń z przeszłości.

W pełni odzyskałam radość życia, gdy na usg zobaczyłam maleństwo. Sprawiało wrażenie, że ma w nosie moje problemy zdrowotne. Zadowolone z życia wciąż zginało i prostowało nóżkę. Wydawało mi się, że gdyby mogło powiedzieć: „kurcze, ale nudy! Jak ja tu wytrzymam jeszcze tyle miesięcy?”, to by powiedziało. Wielkość – książkowa, rozwój – książkowy, zachowania – jak wyżej. Jedna moja znajoma (bezdzietna) twierdzi, że ciąża jest wtedy, gdy w kobiecie zalęgnie się taki obcy, co bez skrupułów ją zjada. Mój obcy mnie rozczulił. Zwłaszcza, że nie musiałam wierzyć na słowo, że jest człowiekiem. Technika od czasu pierwszej ciąży poszła, a dokładniej -wystrzeliła – do przodu. Kiedyś Zocha na usg wyglądała jak plama, choć – trzeba przyznać – najukochańsza plama na Ziemi. Drugi maluszek – jak dziecko. Moje uczucia – znowu takie same.

Uwierzyłam, że będzie dobrze. Musi być. Dom, etat, nawet moje samopoczucie, to nieistotne niuanse. Trzeba zachować spokój, bo dla dziecka stresy są gorsze od bakterii. Stałam się oazą spokoju. Tak pewną i mocną, że kiedy przyszły kolejne zawirowania (liczne zresztą), nic już nie mogło mnie zmóc. Czekałam na szczęśliwy finał. A wiara czyni przecież cuda…

Eliza Dolecka

Ps. ciąg dalszy może nastąpić, jeśli ktoś będzie nim zainteresowany…

Eliza Dolecka autorka książki „Kruszynka z Piaskowe Krainy”

 

Autor tekstu : Eliza Dolecka



ZOBACZ TAKŻE:ciąża