W oczekiwaniu na dziecko – koniec dziewiątego miesiąca ciąży

Ostatnie dni ciąży

Pamiętnik współczesnej „ciężarówki” cz. III.

Koniec 9 miesiąca

Końcówkę ciąży wyobrażałam sobie zawsze dość dramatycznie: na leżąco, popuchnięte kończyny, bezsenność i bóle krzyża. Kobieta na końcówce. Pewnie i tak bywa, czego serdecznie kobitkom współczuję, ale mi się trafiło dość szczęśliwie.

Przez większość czasu

„odczuwam siebie” mniej więcej tak samo, jak w siódmym i ósmym miesiącu, tyle tylko, że ciężej dosięgnąć własnej nogi i zapiąć buty. Chodzę wolniej, bo bębenek jak dojrzała gruszka cały podskakuje przy każdym kroku i uciska to i owo w środku. Oj, jak uciska czasami. A, jeszcze w nocy, żeby zmienić pozycję, trzeba się po prostu obudzić i wziąć sprawy w swoje ręce – czyli przerzucić brzuszek zgrabnym ruchem na drugą stronę i wymościć poduchami. Poza tym – luz blues;-) Za każdym razem tylko, kiedy przechodzę koło sklepu i spojrzę w swoje odbicie, nie wierzę, że taki wysięgnik ze mnie wystaje daleko naprzód… W tym wszystkim jest jeden śmieszny aspekt – okres ciąży był chyba jedynym w moim życiu, kiedy bezkarnie mogłam sobie nie wciągać brzucha, nie przejmować się jego powiększaniem po posiłku i ogóle bezwstydnie wypinałam brzuch ile wlezie. Boże, co za piękne uczucie. Skończy się niedługo, pewnie znów stanę się niewolnicą własnego odbicia w lustrze, ech….

Nie sprawdziło się jeszcze kilka moich przedciążowych strachów. Ani ten, że utyję jak nieboskie stworzenie (choć miałam podstawy by tego oczekiwać, jeść lubię i o linię zawsze musiałam powalczyć), ani ten, że będę napadowo śledzie zagryzać bitą śmietaną (ani razu! kiszonych ogórków też nie trenowaliśmy), ani ten, że nie dam żyć sobie i otoczeniu swoimi zmiennymi humorami. Co każe wyciągnąć wiosek, że nie trzeba kierować się stereotypami, bo każdy ma inaczej i nie przewidzi jak będzie. A skoro tak, to przestałam wyczytywać zeznania młodych mam na forach internetowych, które opowiadają, jak przebiegł ich poród, bo tylko dorobię się stanów lękowych. Zresztą spędziłam parę dni w szpitalu i trochę popatrzyłam z bliska…

Właśnie, kilka dni w szpitalu.

Na początku – dziko i obco, przerażająca perspektywa spędzenia kilku dni bez swoich poduszek (w dużej ilości, żeby było wysoko), z pobudką o 6:00 rano (różne pomiary) i bez telewizji. Za dużo czasu na czytanie i w ogóle daleko od domu… Po krótkim czasie jednak zaczęłam się oswajać z miejscem i ludźmi, zaczęły się opowieści, wciągnął rytm od posiłku do posiłku, od badania do obchodu i tak dzień po dniu. Dziewczyny po terminie, którym trzeba było pomóc urodzić, po dniu pojawiały się znów na naszym piętrze już szczęśliwe, z dzidziusiami. Inne, podtrzymujące ciążę, marzyły tylko o zdjęciu kroplówki. Swoją drogą – łapa boli, ani się umyć ani do snu ułożyć, nic przyjemnego. Tak pomału wciąga się człowiek w historie z sąsiednich łóżek, jakby brał udział w telenoweli. Nagle też zaczyna doceniać fakt, ile rzeczy było mu oszczędzonych, pojmuje, że nie każda ciąża to radosne oczekiwanie, czasem jest to oczekiwanie pełne bólu, niepokoju i autentycznego wysiłku, żeby udało się do końca.

Optymistyczny wniosek, jaki stamtąd wyniosłam – jaki poród by nie był, kończy się dobrze i kobietki dają potem radę. Tak się też nastawiam, bo decyzja o tym, jak to będzie z nami, zapadnie dopiero za parę dni, po kolejnym usg.

Przywileje.

Przez całą ciążę tylko raz poprosiłam o przepuszczenie mnie w kolejce, w urzędzie. Bez aplauzu, ale ludzie mnie wpuścili. Poza tym albo rezygnowałam na widok kolejki, albo czułam się na tyle dobrze, żeby postać. Bałam się burczenia ludzi, przecież wiadomo, że nikt nie lubi czekać dłużej niż to konieczne. W tramwajach i autobusach miałam szczęście wsiadać na takim odcinku linii (lub na pętli), że z miejscami nie było problemu, a jeśli już ktoś mi ustępował, to młode miłe dziewczyny. Właśnie tak. I słowo daję, gdybym była w desperacji i bardzo potrzebowała usiąść, to szukałabym właśnie kogoś młodego, żeby to miejsce wynegocjować.

Ubawił mnie za to pewien pan w sklepie spożywczym. Wchodzę, kolejeczka może 3 osoby, pan ostatni. Staję na końcu i oglądam sobie jogurty za szybą, gdy nagle pan zagaduje mnie z filuternym uśmiechem: „Kiedyś to były fajne czasy, cooo?”. Nie łapię w lot – ciąża jednak trochę otępia – więc pytam czemu, a on na to, że kobiety w ciąży miały lepiej – ustępowano im miejsca w kolejce, bo te kolejki dawnej BYŁY. A teraz cóż, kolejek nie ma, nie poużywają sobie. Nie dałam się wpędzić w pułapkę żalu za czasami minionymi i uświadomiłam panu, że owszem, kolejki są i na poczcie, i w urzędach, tyle że strach poprosić o przepuszczenie, takie mamy dzisiaj czasy. Tymczasem kolejka posuwała się naprzód i kiedy już wyszłam ze sklepu pomyślałam, że naprawdę nie wiem, czemu miała służyć ta pogawędka. Ten pan mógł mnie przecież wpuścić przed siebie, zamiast tyle gadać, zrobiłoby się tak fajnie i miło, jak kiedyś…

Podobno…

kiedy już pojawia się dziecko, trudno jest sobie wyobrazić, jak to było, kiedy go nie było. Zobaczymy… Póki co muszę przyznać się do takich – egoistycznych może – ścisków w żołądku, że oto odchodzi mój świat, świat który znam, kocham i bardzo się z nim zżyłam, świat w którym mamy wieczory z mężem tylko dla siebie, czas na pogaduchy, czas na wszystko… Nie gniewaj się na mnie Córeczko, ale lubię ten świat, a tego, który ma nastąpić, jeszcze nie znam i choć czekam na tę zmianę z niecierpliwością, to jednak wyskakuje czasem naturalna potrzeba pożegnania „starego, znanego” i wynikający z niej taki malutki żal. Dosyć niesamowite uczucie – świadomie zamykać jeden etap, wiedząc, że już nigdy nie będzie tak samo….

A swoją drogą, za kilka – kilkanaście lat, kiedy nasza Córeczka będzie oglądała dzisiejsze strony internetowe z moim pamiętnikiem – ciekawe, jak zareaguje. Pewnie usłyszymy: „łeeee, to taki mieliście kiepściasty Internet wtedy?…”. Ach, ta jutrzejsza młodzież…

Córeńko, nie będę udawać, że się nie boję porodu.

Trochę się boję, ale też strasznie jestem ciekawa i nie wiem już, co bardziej. Oczywiście, wolałabym, żeby nie bolało, ale co robić. Zawsze, kiedy dopada mnie lęk, myślę sobie, że Ty, moja Maleńka, jesteś w jeszcze gorszym położeniu – nagle Twój przyjazny, ciemny, mokry świat zacznie wariować, napierać na Ciebie i wyrzuci Cię jak rozbitka na suchy ląd, gdzie światło w oczy, hałas i zamieszanie. Dla Ciebie to dopiero będzie stres, przecież nie masz świadomości, ani po co to, ani dlaczego, ani nawet, że tak musi być, bo innej drogi nie ma. W takim razie mi nie wolno się bać, nie dołożę Ci mojego lęku. Będę tam z Tobą Kochanie przez cały czas, obok będzie tatuś, damy sobie radę. Teraz – i potem przez całe nasze wspólne życie Czekamy na Ciebie, Córeczko.

 

Autor tekstu : Aga Włodarczyk



ZOBACZ TAKŻE:ciążaporód