☰ menu

Lęk dziecka nie bierze się znikąd. Psycholog Wojciech Eichelberger mówi o tym, co naprawdę go wywołuje

📖 Czyta się średnio w 11 min. 🕑
„Moje dziecko się boi” – to zdanie coraz częściej pojawia się w rozmowach rodziców i specjalistów. Lęk nie zawsze ma wyraźną przyczynę i bywa obecny także w rodzinach, które z zewnątrz wydają się bezpieczne i stabilne. Właśnie wtedy rodzi się największa bezradność i pytanie: czy coś przeoczyliśmy, skoro z pozoru wszystko jest w porządku, a dziecko i tak się boi?

Wojciech Eichelberger: Lęk dzieci bywa mylony z nadwrażliwością albo bagatelizowany jako etap, który „sam minie”. Tymczasem – jak pokazuje doświadczenie terapeutyczne – jest on zawsze informacją o przeciążeniu: emocjonalnym, relacyjnym albo środowiskowym. Rzadko zaczyna się w samym dziecku, częściej jest odpowiedzią na napięcia, które dziecko chłonie z otoczenia, zanim nauczy się je nazywać. Z Wojciechem Eichelbergerem rozmawiamy o tym, jak odróżnić lęk rozwojowy od tego, który zaczyna utrudniać dziecku życie, jaką rolę odgrywają dorośli oraz co naprawdę pomaga – zarówno dzieciom, jak i rodzicom.

Skąd bierze się lęk u dzieci, które z pozoru żyją w bezpiecznych warunkach i nie mają ku temu wyraźnych powodów?

To pytanie bardzo dobrze pokazuje, jak często my, dorośli, mylimy bezpieczeństwo z komfortem materialnym albo zewnętrznymi warunkami życia. Wydaje nam się, że jeśli dziecko jest zaopiekowane, ma dom, jedzenie, chodzi do szkoły, to powinno czuć się bezpieczne. Tymczasem poczucie bezpieczeństwa nie bierze się z tego, co obiektywnie mamy, tylko z tego, jak nasz układ nerwowy radzi sobie z tym, co do niego dociera.

Współczesne dzieci żyją w świecie ogromnej ilości bodźców, presji i porównań. To nie jest wyłącznie kwestia smartfonów i social mediów, lecz całego środowiska natychmiastowych reakcji i emocjonalnych treści, które podtrzymują pobudzenie. Niedojrzały układ nerwowy reaguje na to znacznie silniej niż układ nerwowy dorosłego i nie ma jeszcze narzędzi, by samodzielnie się z tego wyciszyć czy zdystansować.

Lęk u dzieci rzadko wygląda tak, jak wyobrażają to sobie dorośli. Dzieci nie mówią wprost, że się boją. Zamiast słów pojawiają się trudności ze snem i koncentracją, drażliwość, wybuchy frustracji, wycofanie albo ucieczka w ekran. Rodzice to dostrzegają, ale często nie wiedzą, jak zacząć rozmowę, by nie pogłębić napięcia.

Warto to wyraźnie podkreślić: dziecięcy lęk nigdy nie jest „bez powodu”. On zawsze jest odpowiedzią na jakieś przeciążenie – nawet jeśli z perspektywy dorosłego nie jest ono oczywiste.

Kiedy mówimy, że źródło lęku dziecka leży „poza nim”, co tak naprawdę mamy na myśli? Czy chodzi o napięcia i emocje, które dziecko przejmuje z otoczenia, zanim jeszcze potrafi je nazwać?

Chodzi o to, że dziecko przez długi czas odbiera świat nie poprzez pojęcia i słowa, lecz poprzez emocje i stan swojego ciała. Zanim nauczy się nazywać i rozumieć to, co się z nim dzieje, chłonie atmosferę domu: napięcia, reakcje dorosłych i ich sposób reagowania na rzeczywistość.

Dzieci nie mają jeszcze wykształconych granic psychicznych. Nie potrafią oddzielić własnych emocji od emocji dorosłych. Jeśli w otoczeniu obecny jest przewlekły stres, lęk lub niepokój, dziecko zaczyna funkcjonować w stanie pobudzenia i przyjmuje to jako coś naturalnego.

Dotyczy to bardzo wczesnych etapów życia, również tych, których w ogóle nie pamiętamy. Okres prenatalny i pierwsze miesiące po urodzeniu to czas, w którym kształtuje się podstawowe poczucie bezpieczeństwa albo jego brak. Wtedy świat jest zapisywany w układzie nerwowym, a nie w pamięci słownej.

Dlatego, mówiąc, że lęk dziecka ma źródło „poza nim”, nie myślimy o pojedynczych wydarzeniach, lecz o długotrwałym doświadczeniu napięcia, które zostało przejęte z otoczenia i stało się częścią wewnętrznego świata dziecka.

Czy naprawdę możliwe jest, że źródła lęku dziecka sięgają okresu prenatalnego – czasu, którego ani dziecko, ani rodzice nie pamiętają?

Tak, to jest możliwe i dziś mamy na to coraz więcej dowodów. Przez lata zakładano, że w okresie prenatalnym nic się nie zapisuje, ponieważ dziecko nie ma jeszcze świadomości ani pamięci. Tymczasem doświadczenie kliniczne i badania pokazują, że już wtedy kształtują się podstawowe wzorce reagowania układu nerwowego.

Dziecko w okresie prenatalnym jest w bardzo ścisłym kontakcie z organizmem i stanem emocjonalnym matki. Reaguje na poziom jej stresu, napięcia i lęku, ponieważ te stany przekładają się na biochemię organizmu – hormony, rytm i pobudzenie układu nerwowego. Dla rozwijającego się dziecka to jest pierwsza informacja o świecie: czy jest on bezpieczny, czy raczej nieprzewidywalny i zagrażający.

To nie są wspomnienia w takim sensie, w jakim my je rozumiemy, tylko zapisy w układzie nerwowym. W dorosłym życiu mogą ujawniać się jako trudny do nazwania lęk, napięcie czy poczucie zagrożenia, które pojawia się bez wyraźnej przyczyny. Dlatego często lęk, który wydaje się „bez powodu”, ma swoje źródło w czasie, do którego nie mamy dostępu przez pamięć świadomą. Jego przyczyny tkwią w bardzo wczesnych zapisach biologicznych, które wpływają na sposób przeżywania świata przez całe życie.

Czy to znaczy, że jeśli matka była w ciąży w dużym stresie, to skrzywdziła swoje dziecko?

To pytanie pojawia się bardzo często i wymaga szczególnej ostrożności, bo poczucie winy rodziców – a zwłaszcza matek – samo w sobie bywa ogromnym obciążeniem. Obwinianie się nie tylko niczego nie naprawia, ale może pogłębiać problem.

Stres w ciąży nie jest czymś nadzwyczajnym. Żyjemy w świecie, w którym trudno byłoby znaleźć kobietę, która przez dziewięć miesięcy funkcjonuje w idealnym spokoju. Organizm ludzki – także organizm dziecka – jest wyposażony w ogromne zdolności adaptacyjne. To, że matka przeżywa stres, nie oznacza automatycznie, że dziecko zostaje skrzywdzone. Badania pokazują, że umiarkowany stres matki może wręcz uruchamiać mechanizmy przygotowujące dziecko do radzenia sobie w trudniejszym środowisku. Dopiero stres skrajny, długotrwały i pozbawiony wsparcia może stać się realnym obciążeniem.

Co jednak najważniejsze, nawet jeśli w okresie prenatalnym doszło do przeciążenia, nie jest to wyrok na całe życie. Układ nerwowy pozostaje plastyczny, a relacja, bezpieczeństwo i regulująca obecność dorosłego mają ogromne znaczenie. To, co dzieje się po narodzinach – jakość więzi, sposób reagowania na potrzeby dziecka – jest często znacznie ważniejsze niż to, co wydarzyło się w czasie ciąży.

Skoro dzieci przejmują napięcie z otoczenia, to jaką rolę odgrywa codzienny klimat emocjonalny w domu – rzeczy, których się nie mówi wprost, ale które są stale obecne?

Odgrywa ogromną rolę, często większą, niż to, co dorośli mówią wprost. Dzieci bardzo wcześnie uczą się „czytać” domową atmosferę, a to, czego się nie mówi wprost, często działa na nie najsilniej. Niewyrażone konflikty, tłumiony lęk, przewlekły stres i napięcie między dorosłymi „wiszą w powietrzu” i są przez dziecko odbierane całym sobą. Takie emocje nie znikają lecz tworzą tło, w którym dziecko na co dzień funkcjonuje. Nie potrafi tego nazwać, ale jego układ nerwowy reaguje na ten stan, nawet jeśli na poziomie słów wszystko wydaje się „normalne”. Dorastając w takim domowym klimacie, dziecko często bierze na siebie odpowiedzialność za panujące napięcie. Staje się nadmiernie grzeczne, czujne, wycofane albo przeciwnie: nadpobudliwe i impulsywne. Nie jest to przejaw problemu dziecka, lecz próba poradzenia sobie z emocjonalnym klimatem, w jakim dorasta.

Czy w ogóle da się ochronić dziecko przed lękiem, jeśli dorośli sami żyją w ciągłym napięciu i niepokoju?

W idealnym świecie chcielibyśmy móc powiedzieć: „zrób kilka rzeczy, zastosuj parę zasad i dziecko będzie bezpieczne”. Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona. Dzieci są niezwykle wrażliwe na stan emocjonalny dorosłych. Nawet jeśli rodzic bardzo się stara i kontroluje swoje zachowanie, słowa oraz reakcje, napięcie wewnętrzne i tak jest przez dziecko odczuwalne.

Nie da się przez dłuższy czas udawać spokoju, kiedy w środku jest lęk. Dziecko to wyczuwa, bo jest z dorosłym w stałym, bardzo bliskim kontakcie emocjonalnym. To nie znaczy, że rodzic musi być idealnie spokojny albo wolny od lęku – to byłoby nierealne. Chodzi raczej o to, czy dorosły ma świadomość własnego napięcia i czy bierze za nie odpowiedzialność. Dziecko potrzebuje dorosłego, który nie zaprzecza temu, co przeżywa, ale potrafi się sobą zająć – szuka wsparcia, reguluje swoje emocje, nie przerzuca ich na dziecko.

W tym sensie najlepszą ochroną dziecka przed lękiem nie jest próba kontrolowania jego emocji, lecz praca dorosłego nad własnym stanem emocjonalnym. To daje dziecku najważniejszy komunikat: świat może być trudny, ale da się sobie z nim radzić.

Wielu rodziców żyje dziś w napięciu. Od czego zacząć realną pracę nad sobą, by nie przenosić tego lęku na dziecko?

Pierwszym krokiem jest uświadomienie sobie własnego lęku i napięcia. Wielu dorosłych traktuje je jak normalny stan funkcjonowania, nie zdając sobie sprawy, jak silnie wpływa on na dziecko. Dopóki lęk jest wyparty albo bagatelizowany i pozostaje nieuświadomiony, działa najintensywniej – również w relacji z dzieckiem.

Realna praca nad sobą zaczyna się od zauważenia własnych emocji – bez oceniania i bez prób natychmiastowej kontroli. Zatrzymanie się i zadanie sobie kilku prostych pytań: co ja właściwie czuję? gdzie w ciele noszę napięcie? co mnie najbardziej niepokoi? To może wydawać się proste, ale dla wielu osób jest to pierwszy moment prawdziwego kontaktu ze sobą od bardzo dawna. Dopiero wtedy, gdy dorosły ma kontakt z tym, co przeżywa, może wziąć za to odpowiedzialność.

Kluczowe jest jasne rozróżnienie ról: dziecko nie powinno regulować emocji dorosłego, uspokajać go ani być źródłem jego poczucia bezpieczeństwa. I dopiero na tym etapie można szukać wsparcia: rozmowy, terapii, pracy z ciałem, praktyk regulujących napięcie. Dla dziecka najbardziej ochronna jest obecność dorosłego, który nie udaje, że wszystko jest w porządku, ale potrafi zadbać o siebie i przyznać: „jest mi trudno, ale wiem, co z tym zrobić”.

Jak odróżnić dziecięcy lęk, który jest naturalną częścią rozwoju, od lęku, który zaczyna realnie utrudniać dziecku życie?

Lęk jest naturalnym elementem rozwoju dziecka i pojawia się na różnych etapach życia – szczególnie wtedy, gdy dziecko mierzy się z nowymi doświadczeniami, zmianą lub separacją. Taki lęk zazwyczaj ma charakter przejściowy i nie blokuje codziennego funkcjonowania.

Niepokój rodziców powinien pojawić się wtedy, gdy lęk przestaje być chwilową reakcją, a zaczyna organizować codzienne życie dziecka. Gdy utrzymuje się mimo upływu czasu, pojawia się także w sytuacjach obiektywnie bezpiecznych i prowadzi do coraz większego wycofania. Jeśli zaczyna ograniczać relacje, naukę, zabawę czy próby samodzielności, warto zatrzymać się i poszukać jego przyczyn. Często towarzyszy temu rozszerzanie się lęku na kolejne obszary życia oraz objawy somatyczne – problemy ze snem, bóle brzucha, napięcie czy dolegliwości bez wyraźnej przyczyny medycznej.

Gdy lęk zaczyna utrudniać dziecku życie, warto poszukać profesjonalnego wsparcia – nie po to, by dziecko „naprawiać”, lecz by pomóc mu odzyskać poczucie bezpieczeństwa.

Kiedy i w jakiej formie warto szukać pomocy – i czy w przypadku lęku dziecka częściej wsparcia potrzebuje ono samo, czy raczej rodzic i cała rodzina?

To zależy od konkretnej sytuacji, ale bardzo często intuicja rodziców podpowiada coś innego niż to, co faktycznie okazuje się pomocne. Intuicyjnie myślimy: „dziecko ma problem, więc dziecko powinno iść na terapię”. Tymczasem w wielu przypadkach dziecko bywa raczej najsłabszym ogniwem systemu rodzinnego i reaguje lękiem na napięcia obecne wokół niego.

Jeśli lęk dziecka ma charakter reaktywny, to znaczy jest odpowiedzią na klimat emocjonalny w domu, stres dorosłych, nierozwiązane konflikty czy przewlekłe napięcie, to sama terapia dziecka może nie wystarczyć. Dziecko wraca z gabinetu do tego samego środowiska, które nadal podtrzymuje jego napięcie.

Dlatego bardzo często pomoc powinna obejmować rodzica albo całą rodzinę. Czasem wystarczy, że dorosły zacznie pracować nad sobą, zmniejszy swoje napięcie, uświadomi sobie własne mechanizmy lękowe – a dziecko zaczyna się wyraźnie uspokajać, nawet bez bezpośredniej terapii.

Oczywiście są też sytuacje, w których dziecko potrzebuje własnego wsparcia terapeutycznego – szczególnie wtedy, gdy lęk jest bardzo nasilony, utrwalony albo związany z konkretną traumą. Najważniejsze jest jednak, by nie traktować dziecka w izolacji, lecz patrzeć na jego lęk w kontekście relacji i środowiska, w którym żyje.

Jaką myśl warto mieć w sobie jako rodzic, kiedy pojawia się lęk o lęk własnego dziecka?

Najważniejsza jest świadomość, że lęk dziecka nie jest porażką rodzica ani dowodem na to, że coś zostało nieodwracalnie zepsute. Lęk jest informacją. On mówi, że coś w danym momencie przekracza możliwości regulacyjne układu nerwowego dziecka.

Dziecięcy układ nerwowy jest plastyczny i zdolny do zmiany, szczególnie wtedy, gdy obok jest dorosły, który potrafi zachować względny spokój i nie reaguje paniką na trudne emocje dziecka. To nie perfekcja, lecz stabilna i uważna obecność dorosłego ma największe znaczenie. Rodzic nie musi mieć gotowych odpowiedzi ani natychmiastowych rozwiązań. Dziecko nie potrzebuje idealnych warunków ani idealnych rodziców. Potrzebuje dorosłego, który nie ucieka przed lękiem, ale potrafi się nim zająć.

Exit mobile version