Książka poetycka i czarodziejska
Z autorką "Złodziei snów" rozmawia Kamila Waleszkiewicz.
Pani Małgorzato gratuluję wyróżnienia, które zdobyła Pani książka "Złodzieje snów" w konkursie "Książka Roku" organizowanym przez Polską Sekcję IBBY! Proszę opowiedzieć o wrażeniach, emocjach jakie Pani towarzyszyły podczas wręczania wyróżnienia. Myślę że musiała być Pani zadowolona z nominacji i z bijącym sercem czekać na decyzje? Czy tego typu wyróżnienia, nagrody mają znaczenie dla dzisiejszych twórców, dla czytelników?
Nasza Księgarnia wydała w 2008 r. dwie moje książki „Złodziei snów” i „Wakacje z krową, czołgiem i przestępcą” – książki tak różne jak ogień i woda. „Wakacje...” zostały zauważone przez czytelników, są wydane w mikołajkowej serii, jest w nich wiele humoru. Obawiałam się, że „Złodzieje snów” nie będą mieli takiego szczęścia, że książka nie zostanie zrozumiana, zostanie odrzucona, ponieważ jedni stwierdzą – „to książka dla dorosłych, więc nie mieści się w sferze naszych zainteresowań”, a drudzy powiedzą, „to książka dla dzieci, my zajmujemy się literaturą dla dorosłych”. Cieszę się, że dzięki nagrodzie IBBY książkę zauważono, poczułam ulgę i zadowolenie.
Chciałabym napisać, że różne nagrody (jest ich wiele) wręczane twórcom literatury dla dzieci, są bardzo ważne i dla rodziców, i dla twórców, ponieważ promują dobre książki i czytelnictwo, a to głównie za sprawą światłych księgarzy, którzy natychmiast po ogłoszeniu nagrody tak eksponują książki, by niezorientowany rodzic zauważył, że te publikacje warto kupić, przeczytać, że nie będą to wyrzucone pieniądze. Zaś media poświęcają nagrodzonym książkom czas antenowy i najważniejsze strony w gazetach.
Chciałabym tak napisać, jednak tak nie jest. Media (z nielicznymi chlubnymi wyjątkami) nie mówią i nie piszą o literaturze dla dzieci, księgarze w większości stali się handlarzami i promują książki tego wydawcy, który więcej zapłaci za wyeksponowanie danej pozycji, nie wnikając w to, co promują (równie dobrze może to być mydło i powidło).
Mam nadzieję, że za sprawą portali internetowych, jak mistodzieci.pl, oraz dzięki małym księgarniom prowadzonym przez pasjonatów, książka dziecięca kiedyś zostanie doceniona.
Proszę opowiedzieć, jak doszło do powstania książki, skąd taki pomysł?
„Złodziei snów” napisałam wyłącznie dla siebie – żeby się wykrzyczeć (nie jestem ani gadatliwa, ani krzykliwa, więc jakoś muszę wyrzucać z siebie emocje, pisanie to niezły sposób). Książka wzięła się z fascynacji francuskimi skrzatami i z gniewu na tych dorosłych, którzy zajęci sobą zatracili umiejętność wnikania w uczucia swoich dzieci. Nie biorą pod uwagę, iż rodzina, dom jest dla dziecka całym światem, i ten świat (po rozwodzie rodziców) nagle się wali. Uważają, że dziecko szybko się przyzwyczai do nowej sytuacji, bo w jego życiu aż tak wiele się nie zmienia, przecież nadal ma swój pokój, swoje zabawki, swój komputer, swój telefon komórkowy itp.
Co było najtrudniejsze podczas pisania? Czy było coś, z czym Pani sama musiała się zmierzyć podczas pisania tej książki?
To była tak przemyślana książka, że nie musiałam z niczym się mierzyć (z wyjątkiem laptopa, który czasami pożera mi teksty). Myślenie o tym, jak tę książkę napisać, zajęło mi rok, pisanie teksu - dwie godziny. Podstawową wersję napisałam między 2.00 a 4.00 w nocy (potem częściowo ją zmieniałam, m.in. za radą p. redaktor Natalii Gowin, której jestem bardzo wdzięczna). Największym problemem był wybór formy – jak opisać emocje, których doświadcza Basia, a ja razem z nią? Opowiedzieć historię za pomocą ciągłej narracji tak charakterystycznej dla książek dziecięcych? Ta forma nadawała się do kosza, musiałam znaleźć inną. I wymyśliłam, że będzie to poetycka przypowieść.
Znana i ceniona poetka, Zosia Beszczyńska, napisała mi, że książka jest poetycka i czarodziejska, dziwna i inna – uważam, że ta ocena jest najtrafniejsza.
Czy pamięta Pani strachy, lęki dzieciństwa..? Czy bajki, baśnie, książki w ogóle były lekiem na problemy dnia codziennego?
Leki i strachy towarzyszą mi do dziś, pierwszym poruszającym odkryciem dokonanym w dzieciństwie było to, iż jestem śmiertelna. Dokładnie pamiętam, miałam 7 lat, w ciągu paru miesięcy zmarły trzy osoby z mojej rodzimy, i wtedy także odkryłam, że mimo iż miłość moich rodziców chroni mnie przed całym światem, to przed jednym mnie nie uchroni – przed śmiercią. Za tym poszło wiele innych odkryć, dokonanych już wcześniej, ale raczej nieświadomie, że świat nie jest czarno biały ani tak bezpieczny, ani tak piękny, ani tak słodki, jak chcą mi wmówić dorośli. Te odkrycia budziły różne lęki, a książki były i są dla mnie ucieczką przed nimi. Gdy czytam albo piszę książkę, czuję się bezpiecznie w niezbyt pięknym i mało bezpiecznym świecie. Pamiętam radość, jaką czułam gdy brzydkie kaczątko zmieniło się w łabędzia, pamiętam wiadro łez, jakie wylałam, gdy mama czytała mi o śmierci Winnetou (to jedno z najpiękniejszych wspomnień jakie mam, gdy myślę o mojej wiecznie zaczytanej mamie). Książka to wspaniały wynalazek, daje radość, schronienie, poczucie bezpieczeństwa, pozwala uciec, schować się, być kimś innym choćby przez chwilę, współczuć, pokazuje, że inni także mają problemy, że można sobie jakoś poradzić. Ja mam zestaw książek, które czytam co kilka lat, dla przyjemności i z potrzeby utrzymania równowagi psychicznej, np. „Przygody dobrego wojaka Szwejka” – co dwa lata, „Paragraf 22” – co trzy lata, „Biesy”, „Idiotę” i „Mistrza i Małgorzatę” co cztery lata, a mitologię grecką kilka razy w roku.
Ostatnio coraz częściej wydawane są książki poruszające tematy trudne emocjonalnie dla dziecka, ale przez długi czas uważano, że to nie jest dobry temat na literaturę dla dzieci. Jak Pani myśli dlaczego...?
Dorosłym wydaje się, że dzieciństwo musi być radosne, książki również. Chcą chronić dzieci przed smutkiem, lękiem, złem. Kierują się odwiecznym przekonaniem, że to co nienazwane nie istnieje. Niestety, istnieje. Trzeba o tym pisać; bo jak dziecko ma sobie poradzić ze smutkiem, który - mimo starań dorosłych - kiedyś odnajdzie i ich syna czy córkę, jeśli nigdy go nie doświadczyło i nie przekonało się, że smutek mija – właśnie tego ja dowiedziałam się z książek: smutek mija, na lęki są różne sposoby, zło można pokonać, a na pewno nie trzeba się mu poddawać.
Przyzwyczailiśmy się do myśli, że książka dla dzieci zawsze czegoś uczy... Zabawka bawi, książka edukuje. Stereotypy? Sporo się też mówi o edukacji emocjonalnej. Czy książka zawsze powinna być edukacyjna? I czym jest dzisiejsza edukacja poprzez literaturę? W jaki sposób książka może wpływać na zmianę postaw, nastrojów małego człowieka? Czy książka powinna dawać gotowe rozwiązania? A jeśli tak to w jaki sposób?
Stereotyp, że książka ma edukować - wychowywać szczególnie dotyczy książek dla dzieci. Mam w komputerze plik, który nazwałam „głupota pedagogiczna” i wpisuje w niego przykłady różnych zaleceń i żądań dotyczących poprawek, jakie powinnam wprowadzić do moich tekstów, by były łopatologicznie edukacyjne, wyraźnie wychowawcze, by po stronie dobra zawsze stanęła większość, by wykasować zło, smutek, zazdrość itp. W tych żądaniach celują autorki podręczników dla najmłodszych. Mam wrażenie, że traktują nauczycieli i małych uczniów jak osoby ograniczone umysłowo, które nie poradzą sobie z żadnym trudniejszym tekstem.
Z pewnością książka dla dzieci nie powinna dawać gotowych rozwiązań, to nie książka kucharska. Powinna być opowieścią o życiu, nie przepisem na życie. I pozwólmy na jej różnorodność. Obok książek, które bawią, śmieszą, są antypedagogiczne, czasem złoszczą dorosłych, niech będę i te, które uczą i pokazują, że z emocjami można sobie radzić. Moim zdaniem idealna książka dziecięca to taka, która zawiera porywającą wartką, zabawną historię – mały czytelnik po każdej przeczytanej stronie pyta „co dalej?” i czyta, aż do końca - a jednocześnie pod tą historią przemyca mądre wychowawcze treści. To ideał. Ale dzieci, tak jak dorośli, czasami chcą po prostu się pośmiać, odstresować, a pisarze potrzebują czasami napisać książkę trudną tematycznie lub formalnie, nie biorąc pod uwagę, czy jest ona wychowawcza.
Mam jedną obawę, o książce dziecięcej mówi się coraz więcej, ale właśnie w kontekście edukacyjnym – i obawiam się, że zaczniemy traktować książkę dziecięcą instrumentalnie, zapominając, iż tekst i ilustracja to przede wszystkim dzieło twórcze, a więc działo sztuki.
Pracuje Pani społecznie w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich. Czym zajmuje się stowarzyszenie?
Historia Stowarzyszenia jest ciekawa. Kontynuuje ono tradycje Związku Literatów Polskich, który został zawieszony w dniu wprowadzenia w Polsce stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. (wielu pisarzy internowano lub aresztowano), następnie w 1983 r. Związek został rozwiązany przez władze komunistyczne, a na jego miejsce powołano nowy Związek Literatów Polskich, do którego wstąpili posłuszni wojskowej juncie pisarze. Ci którzy nie przystąpili do tego karłowatego tworu założyli Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, najpierw działające nielegalnie, a od 1989 r. już legalnie. Legitymację z numerem 1 otrzymał Czesław Miłosz. Stowarzyszenie propaguje literaturę polską (dla dorosłych i dla dzieci) i w kraju, i za granicą. Jestem w Zarządzie Oddziału Warszawskiego SPP, chciałabym, by SPP wraz z IBBY, pismami i portalami dla rodziców przypominało, iż literaturę dla dzieci, należy zauważać, rzetelnie oceniać i doceniać.
Jakie są Pani plany pisarskie na najbliższą przyszłość?
Pisanie to mój jedyny zawód, więc przede wszystkim najpierw muszę zarabiać na życie, ostatnio piszę dużo wierszy, rymowanek, czytanek do podręczników dla klas 0-III. Pisuję również artykuły na temat historii PRL, teksty na wystawy dotyczące tego okresu, scenariusze. Od pewnego czasu wróciłam również do pisania dla dorosłych i właśnie kończę kolejne opowiadanie. Ale najważniejsze jest dla mnie pisanie dla dzieci. W „Bluszczyku” dodatku do pisma „Bluszcz” można znaleźć moją książkę drukowaną we fragmentach „Najgorsze przyjaciółki z ulicy Ślimaka Winniczka”. A teraz, jak w przypadku Złodziei snów”, znów piszę coś wyłącznie dla siebie – tylko już nie muszę się wykrzyczeć, teraz mam ochotę na odlotową zabawę i piszę książkę pod wiele mówiącym tytułem „Detektyw Kefirek na tropie kościotrupa”. Kefirek to szóstoklasista, a kościotrup – wiadomo – twór bezwiekowy.
Detektyw Kefirek.. ? Już sama nazwa wywołuje uśmiech, czekam na tę książkę z niecierpliwością. Dziękuję serdecznie za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów pisarskich!
fot. Monika Bettey
Książka wpisana na listę leków Książkowego Pogotowaia Ratunkowego
Lista leków KSIAŻKOWEGO POGOTOWIA RATUNKOWEGO
Polecamy również Mała ksiażka o kupie. Recenzja oraz Czytanie od narodzin
Co prawda wakacje tuż tuż, ale wielu rodziców już dziś z niepokojem oczekuje wrześniowego debiutu swoich dzieci w szkolnych ławach. Zapraszamy do udziału w konkursie Miasta Dzieci i Wydawnictwa Debit. Nagrodami są tym razem lekkie, humorystyczne historyjki przedstawiają szkolne realia, widziane oczyma rezolutnej małej dziewczynki i jej przyjaciół z Ia.
Radosny Dzień Dziecka to dzień spędzony wspólnie z rodzicami na beztroskiej zabawie! Dlatego do wygrania w naszym konkursie są m.in.: wejściówki do największego w Polsce Rodzinnego Centrum Rozrywki Loopy’s World, gdzie czekają na Was 4000m2 zabawy!
Telewizor, komputer, telefon. Żeby oderwać dzieci od osiągnięć współczesnej techniki, trzeba nie lada zachodu. Najlepszym i niezawodnym sposobem jest… dawanie dobrego przykładu i wspólne spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Rodzinna gra w klasy, zabawa w berka czy zawody w skokach na skakance mogą stać się ulubioną popołudniową rozrywką.
Wielkanoc czas gotowania, pieczenia, malowania jajek, ozdabiania koszyczków i stołów. Maluchy uwielbiają pomagać w kuchni, ale nie zawsze mamy czas i cierpliwość by wspólnie z nimi pichcić. Czasami ich obecność w kuchni może być kłopotliwa. Gorący piekarnik wymaga uwagi a tu właśnie coś kipi na kuchni. Co w czasie przygotowań do świąt począć z nudzącym się brzdącem?
Psycholog Wojciech Eichelberger
odpowiada na łamach Miasta Dzieci.
zadaj pytanie




RSS wydarzenia cała Polska