Prawdziwa babcia może być też z wypożyczalni
Niekoniecznie! Babcię - i to najprawdziwszą w świecie - może sobie wypożyczyć w specjalnej wypożyczalni, tak jak to zrobili trzej mali bohaterowie opowieści.To książka o ogromnej potrzebie ciepła, miłości, akceptacji i uwagi. Potrzebie, jaką ma w sobie nie tylko dziecko.
Więcej informacji o książce: www.kora.stentor.pl
Wypożyczalnia babć
Książka wpisana na listę leków Książkowego Pogotowaia Ratunkowego.
Maria MARJAŃSKA-CZERNIK
Ilustracje: Justyna Mahboob
Rozmowa z autorką książki panią Marią MARJAŃSKA-CZERNIK
Małgorzata Klejn:
Skąd tytuł i pomysł na książkę „Wypożyczalnia babć”
Maria MARJAŃSKA-CZERNIK
Powiem wprost – tytuł wymyśliła moja Mama, Ludmiła Marjańska. Była poetką, pisarką i tłumaczką. Mając osiemdziesiąt lat zamarzyła sobie, że napisze jeszcze jedną książkę dla dzieci. Szczerze ją do tego zachęcałam, tym bardziej, że była coraz słabsza i coraz trudniej było się jej zmobilizować do pracy, która zawsze dawała jej dużo satysfakcji.
Wtedy na świecie już były moje wnuki, czyli była prababcią. Zaczęłyśmy rozmawiać, o czym ma być ta książka… I wracałyśmy do tej rozmowy kilkakrotnie…
Wśród nich na przykład dziewczyna, którą Mama poznała na jakimś jubileuszu częstochowskiej szkoły, gdzie ją goszczono jako absolwentkę liceum, a jednocześnie miała tam spotkanie autorskie. Zobaczyła wtedy młodą osobę o kulach, która później stała się bohaterką jej powieści dla młodzieży „To ja, Agata". Mama przez wiele lat utrzymywała z nią kontakt. Agata na szczęście wyszła ze swoich zdrowotnych kłopotów, chodzi, biega i urodziła dwie córeczki.
Także nazwisko młodego księdza, który mówił do niej „babciu". Zaprzyjaźnili się wcześniej, może w Kościele Środowisk Twórczych, może w Stowarzyszeniu Pisarzy Polskich.
Jest też Artur spod Przemyśla, którego poznała, jak miał 9 lat. Napisał kiedyś do niej list na adres Świerszczyka, gdzie Mama bardzo dawno temu drukowała opowiadania, z których później powstała książka „Zakochany zuch". Pytał, dlaczego nie ma dalszych odcinków, bo on by chciał przeczytać o dalszych przygodach tego zucha. Mama mu odpisała. Została zaproszona na wieś przez jego rodziców. Zaprzyjaźniła się z nauczycielami z jego szkoły, przez wiele lat jeździła tam na spotkania autorskie. A potem, jeszcze za życia, została patronką tej szkoły, widnieje na niej tablica:
Szkoła Podstawowa im. Ludmiły Marjańskiej w Młodowicach.
Młodych ludzi Mama miała stale wokół siebie i dostrzegła, że teraz niektóre rodziny - bo ci jej mali wnukowie dorastali, zakładali rodziny - mają często problem z opieką nad dziećmi. Wielu rodziców codziennie bardzo długo przebywa w pracy - a dziećmi zajmują się głównie opiekunki.
Sądzę, że to nasunęło jej pomysł „Wypożyczalni babć".
Nie zdążyła jej napisać sama?
Pod koniec życia już nie bardzo mogła pracować. Wprawdzie prawie do ostatnich dni tłumaczyła poezję Emily Dickinson, ale z trudem przychodziło jej skupienie się.
Napisała jedną stronę, którą zachowałam. Po roku dojrzałam do tego, by napisać tę książkę. Siwa i Czarna są moje - Jasna jest Mamy. Na tej jednej stronie pojawił się też Mały. Dużo się zmieniło, rozwinęłam pomysł, wątki, dodałam bohaterów - ale na tej stronie, napisanej przez Mamę, pierwsze zdanie brzmiało tak samo: W dużym, słonecznym pokoju siedziała młoda, jasna pani i uśmiechała się do swoich myśli. Dlatego książkę dedykowałam Mamie.
Mama była bardzo Ważną Osobą w moim życiu. Co chyba zresztą widać z tej przydługiej odpowiedzi na pierwsze pytanie...
Dla Programu I PR na podstawie tej książki napisałam też słuchowisko, które emitowane było 24 maja b.r. w audycji Radio Dzieciom. Musiałam sporo dopisać - szczególnie sytuacje z Czarną i Siwą, wszystkie opisy zmienić na dialogi, jak to dla radia.
„Wypożyczalnia babć" zaczęła żyć własnym życiem...
Można tak powiedzieć. Na spotkaniu z bibliotekarzami w Bibliotece na Koszykowej w Warszawie, opowiedziałam, że kiedy w domu pokazałam tę książkę znajomym, które do mnie akurat przyszły, jedna z nich stwierdziła, że ona też mogłaby być taką babcią.
Oczywiście nie na stałe, bo na to nie ma już siły i zdrowia. Natomiast, bardzo chętnie od czasu do czasu spotkałaby się z jakimiś dziećmi i gdzieś im coś poczytała, poopowiadała czy coś takiego...
Kiedy panie bibliotekarki to usłyszały, jedna z nich zapaliła się: „o, to świetnie, proszę tę panią przysłać do nas". A gdzie mieści się pani biblioteka? - spytałam. „Na Woli". No to mówię - dobrze, przekażę.
I natychmiast po przyjściu do domu napisałam maila do znajomej, że może swoją chęć zrealizować. Niech nawiąże kontakt z panią bibliotekarką, która bardzo ucieszyła się na tę propozycję. Zdarza się, że w bibliotece dzieciaki często przesiadują całymi popołudniami. To są małe dzieci, które obwieszają panie bibliotekarki, jedną czy dwie, nie schodzą im z kolan, trzymają za rękę... Panie spotkały się - no i się okaże, co z tego będzie. Na razie są wakacje... Ale umówiły się na pierwsze spotkanie we wrześniu. Ciekawe, czy coś z tego wyjdzie!
Ja też jestem ciekawa...
To jest rzecz do powtórzenia w innych bibliotekach. Może to być osoba zupełnie z zewnątrz, która będzie się tymi dziećmi nawet nie tyle zajmować, ile po prostu poświęci im swoją uwagę, porozmawia z nimi, poczyta im. Bo bibliotekarka, która obsługuje bibliotekę nie zawsze ma na to czas. W momencie, kiedy biblioteki często stają się przechowalnią dzieci, to by się takie przyszywane babcie bardzo przydały. Bardzo bym chciała, żeby to się udało...
Dzieciom z pewnością jest to potrzebne.
Wydaje mi się, że tak. Natomiast jest jeszcze druga sprawa, która też jest dosyć istotna. Że często samotnym kobietom - a może i mężczyznom? - też by to dużo dało.
Słyszałam kiedyś o takiej inicjatywie w Niemczech.
Tak. Czytałam o tym już po napisaniu książki. Kiedy myślałam o tym, żeby w internecie założyć stronę. Może niekoniecznie po to, by wypożyczać babcie, tylko w ogóle na temat książki i problemu. A potem przyszło mi na myśl, że mogłoby się to rozwinąć w coś, co by mogło być właśnie taką internetową „wypożyczalnią" w sensie łączenia ludzi, którzy potrzebują pomocy innych do opieki nad dziećmi. Wtedy właśnie trafiłam na informację, że w Niemczech taka inicjatywa już jest. Może i u nas ktoś się tego podejmie.
W książce nie ma dziewczynek i nie ma dziadków.
Takie było założenie. Może dlatego, że zdawałam sobie sprawę, że książka nie może być za długa? Chciałam, żeby dziecko było w stanie przeczytać ją za jednym podejściem. Obserwowałam często małe dzieci, nie tylko swoje wnuki, kiedy im czytałam. Mniej więcej wiem, ile mogą usiedzieć spokojnie i słuchać.
Znajoma opowiedziała mi, że jej czteroletni wnuk ma kontakt z niepełnosprawnym dzieckiem, które jeździ na wózku. W pierwszym momencie było to dla tego chłopca szokiem. A teraz po każdym wysłuchaniu tej historii pierwsze, co mały mówi, to: „Ta pani jest na wózku, tak samo jak Bartek". I na temat, o którym bał się mówić, zaczął rozmawiać.
Niepełnosprawność Jasnej nie jest uwypuklona, opisana, ale jak widać, dziecko uważnie słuchające, to wychwyci.
Kwestia pomocy też jest świetnie pokazana.
Ona nie mówi - MUSISZ mi pomóc. To Duży sam do tego dochodzi, że pomoc czasem jej się przyda.
Bardzo mi się podobało, gdy jedna z pań proponuje całkiem dużemu chłopcu, że będzie mu czytać.
A on się oburza. I mówi, że przecież już umie czytać.
Bo jest przecież „duży":)
A to jest bardzo przyjemne - czytanie na głos, także czytającemu dziecku, dorosłemu też.
Dzieciom to się „przekłada" na bliskość.
Wtedy, gdy matka, babcia, ojciec czy dziadek czyta, jest tylko dla dziecka. Zajmuje się tylko dzieckiem, niczym innym.
Jedna z babć jest w miarę blisko - ale nie chce być babcią, nie zależy jej.
Nigdy nie spotkałam takiej, ale wiem, że takie są - babcie, które nie akceptują swoich wnuków.
Największym bodźcem do napisania tej książki była dla mnie świadomość, że jest dużo bardzo samotnych dzieci w domach.
Nie myślimy, że dzieci tęsknią do tego, czego nie mają. Myślimy, że dziecko świetnie się odnajdzie w każdej sytuacji, którą mu zaplanujemy. Nawet jeśli wracamy o ósmej z pracy.
A jednak dziecko wiele widzi. Na przykład to, że inni mają babcię, która im opowiada, czyta. Myślałam też o dorosłym odbiorcy, który będzie dziecku czytał „Wypożyczalnię babć". Że może lektura też go skłoni do głębszej refleksji.
Widać świetnie w książce, że dziecko nie może być elementem planu. Na przykład przynoszenie obiadu babci - dla dziecka to abstrakcja. Natomiast to, że kolegów nie ma już na boisku, gdy wraca od niej, to ważna sprawa. W tej sytuacji raczej chłopiec musi postępować jak dorosły. On ma rozumieć, że mimo tej niechęci, ma ją odwiedzać, przynosić obiad.
Tak. Buntuje się, buntuje, ale dzięki osobie, która go w pełni akceptuje, czyli dzięki Jasnej, zaczyna starać się swoją babcię i sytuację zrozumieć...
Musi być dojrzalszy.
Jest w sytuacji, którą musi zaakceptować, a jednocześnie ciepła i bliskości będzie szukał gdzie indziej. U Jasnej znajdzie... Natomiast nie pomyślałam o tym, że pokazanie takiej babci można odebrać jako krytyczne spojrzenie.
Może nie krytycznie - raczej jako demaskowanie tabu. Bo niby jest tak, że każda babcia jest dobra, a przecież jednak nie każda.
Wiadomo, że nie. Dobrze więc, że tutaj tak to się stało. Że mógł znaleźć i dobrą, choć „przyszywaną babcię". Dziwne byłoby z kolei, gdyby wszyscy trzej chłopcy nie mieli żadnej babci, prawda?
Oczywiście.
To jest całkowicie realne, że jeden z chłopców, Większy, ma dziadków za granicą, a dziadkowie Małego mieszkają daleko, na wsi. Oczywiście, możemy zapytać o drugą parę dziadków...
Prawdziwa babcia - ta babcia z wypożyczalni. Mimo, że nie jest „biologiczną" babcią. Panie z „Wypożyczalni" chcą być babciami.
Czarna początkowo się waha. W końcu jest pisarką, ma co robić, czas ma wypełniony. A poza tym, w pierwszym odruchu mówi, że „przecież nie ma nawet dzieci". Ale chce.
Poznałam kilka kobiet, które uważają, że dzieci ich dzieci są sprawą ich dzieci. Że dziećmi powinni zajmować się rodzice [czytaj także: niańki, opiekunki]. I bardzo często pytają mnie, dlaczego prawie codziennie jestem w kontakcie z wnukami. Odpowiadam, że nie dlatego, że tak bardzo chcę pomagać swoim dzieciom, tylko dlatego, że ja z nimi lubię być. Ja chcę być. Obserwować, jak uczą się chodzić, mówić, jak rosną i jak się rozwijają. W skali całego życia to przecież taki krótki okres!
Babcie dobrze o tym wiedzą - z doświadczenia.
Tak, bo rodzice myślą o swojej pracy, o swojej karierze... Ale to nawet nie tylko o to chodzi. Jest jeszcze kwestia prowadzenia domu - trzeba zrobić zakupy, ugotować, posprzątać, pozmywać, i tak dalej, a dziecko się wtedy gdzieś „plącze", prawda? Słyszy się: „ja się nim zajmuję, bo ono jest koło mnie". Natomiast babcia ma czas tylko dla dziecka. Najczęściej już nie robi stu rzeczy naraz.
Przeprowadzono kiedyś takie badania, ile czasu poświęcają kobiety pracujące zawodowo dzieciom, samym dzieciom - na zabawę, czytanie, itd., a ile osoby, które są w domu z dziećmi. I z badań wynikło, że osoby, które siedzą w domu z dziećmi poświęcają im tylko około godziny czy dwóch więcej.
Mimo że są z dziećmi cały dzień.
A reszta to pranie, gotowanie i różne inne zajęcia...
Właśnie. Wtedy też czasem przydaje się babcia.
Nie wszyscy rodzice wiedzą o tym, o czym wiemy my, babcie, kiedy dzieciństwo naszych dzieci to czasy zamierzchłe... Wiele rzeczy zauważa się dopiero przy wnukach. A wie się już doskonale o tym, że dzieciństwo naprawdę bardzo szybko mija. I ani się człowiek obejrzy, a ten uroczy chłopiec/dziewczynka, który ma teraz cztery lata, świetnie się z nim rozmawia, i bawi, i obserwuje, i można mu dużo dać i przekazać, bo jest bardzo chłonny, w pewnym momencie powie - mama/tata, nie wtrącaj się! Nagle okazuje się, że ma się w domu koło siebie dorosłego faceta/dziewczynę.
Dlatego szczerze życzę wszystkim mamom i tatusiom, żeby mieli jak najwięcej czasu dla swoich dzieci. A dzieciom - dodatkowo - dobrych babć. Własnych lub „przyszywanych".
Na temat książki "Wypozyczalnia Babć" poczytasz TUTAJ
![]()
![]()
Zdjęcia:
- Cztery pokolenia
- Maria Czernik - fot. Ewa Świerżewska
- Maria-Marjańska-Czernik
- L. Marjańska 2005 fot. M.M.Czernik
Książka wstawiona została do apteczki z lekarstwami KSIĄŻKOWEGO POGOTOWIA RATUNKOWEGO
![]()
Wydawnictwo Stentor
Adres:
| Kontakt:
|
|
Co prawda wakacje tuż tuż, ale wielu rodziców już dziś z niepokojem oczekuje wrześniowego debiutu swoich dzieci w szkolnych ławach. Zapraszamy do udziału w konkursie Miasta Dzieci i Wydawnictwa Debit. Nagrodami są tym razem lekkie, humorystyczne historyjki przedstawiają szkolne realia, widziane oczyma rezolutnej małej dziewczynki i jej przyjaciół z Ia.
Radosny Dzień Dziecka to dzień spędzony wspólnie z rodzicami na beztroskiej zabawie! Dlatego do wygrania w naszym konkursie są m.in.: wejściówki do największego w Polsce Rodzinnego Centrum Rozrywki Loopy’s World, gdzie czekają na Was 4000m2 zabawy!
Telewizor, komputer, telefon. Żeby oderwać dzieci od osiągnięć współczesnej techniki, trzeba nie lada zachodu. Najlepszym i niezawodnym sposobem jest… dawanie dobrego przykładu i wspólne spędzanie czasu na świeżym powietrzu. Rodzinna gra w klasy, zabawa w berka czy zawody w skokach na skakance mogą stać się ulubioną popołudniową rozrywką.
Wielkanoc czas gotowania, pieczenia, malowania jajek, ozdabiania koszyczków i stołów. Maluchy uwielbiają pomagać w kuchni, ale nie zawsze mamy czas i cierpliwość by wspólnie z nimi pichcić. Czasami ich obecność w kuchni może być kłopotliwa. Gorący piekarnik wymaga uwagi a tu właśnie coś kipi na kuchni. Co w czasie przygotowań do świąt począć z nudzącym się brzdącem?
Psycholog Wojciech Eichelberger
odpowiada na łamach Miasta Dzieci.
zadaj pytanie




RSS wydarzenia cała Polska