Szpital skandalicznie brudny

Leczymy nasze dzieci w pełnym zaufaniu do lekarzy. Z wiarą w skuteczność działań i z wiarą w dbałość i dobro pacjenta. Nie raz zdrętwiali ze strachu o życie naszych dzieci poddajemy siebie i je wszelkim niedogodnościom, narażamy na działania bólu i lęku, ufając naszej służbie zdrowia – godzimy się na wszystko co personel przychodni czy szpitala nam zaproponuje.

W końcu to oni są specjalistami! A nasza jakże rozwinięta cywilizacja – wie z czym walczy i o co i o kogo – zdawało by się…

 

Niedawno dostaliśmy list od mamy niemowlaka Pani Elizy Doleckiej – zbulwersowana opowiedziała w jakich warunkach leczono jej nowo narodzone dziecko. Horror! Żeby i Państwu przybliżyć warunki jakie panują w szpitalu na Niekłańskiej w Warszawie zamieszczamy poniżej list Pani Elizy do SANEPIDU – mamy nadzieję, że list ten nie pozostanie bez odpowiedzi!

Warszawa 18.01.07
Szanowna Pani
lek. Małgorzata Czerniawska-Ankiersztejn
Państwowy Wojewódzki Inspektor Sanitarny w Warszawie
ul. Żelazna 79
00-875 Warszawa

Do wiadomości:
1. Zbigniew Religa
Minister Zdrowia
ul. Miodowa 15, 00-952 Warszawa

2. Piotr Walter
Dyrektor Generalny, Prezes Zarządu
Telewizja TVN
ul. Wiertnicza 166, 02-952 Warszawa

W dniach 06-17.01.07 na Oddziale Patologii Noworodka i Niemowlęcia była leczona moja dwumiesięczna córka. Zaobserwowane wówczas nieprawidłowości higieniczne do tej pory wywołują gęsią skórkę. Przejdę jednak do konkretów, a oceny pozostawię Państwu.

1. Jedyna na oddziale toaleta dla dorosłych jest niemal bez przerwy brudna: na desce, muszli klozetowej czy podłodze można trafić nie tylko na resztki kału czy moczu, ale także wymiociny i krew (wiele matek jest jeszcze przecież w połogu). Wystające z kosza zakrwawione podpaski to norma. Po wyjściu z ubikacji nie można umyć rąk – nie tylko dlatego, że nie ma dozownika z mydłem lub płynem dezynfekującym, ale również dlatego, że od ósmego stycznia w przedsionku nie ma światła, więc trudno nawet ocenić czystość tego sprzątanego pewnie po omacku pomieszczenia.

2. Toaleta w porównaniu z prysznicem dla dorosłych to miejsce niemal przykładne. W prysznicu bowiem całe zaangażowanie szpitala w czystość ogranicza się do wieszania debilnych karteczek typu „proszę po sobie sprzątać” czy „instrukcja odkażania rąk”. Sęk w tym, że w pomieszczeniu nie ma wiadra i szmaty, ani nawet dozownika na płyn dezynfekujący. Jest natomiast stojąca woda i różne niespodzianki (stolec w kącie, podpaski na podłodze, etc.). Wody ominąć się nie da, bo zalana jest niemal cała podłoga, zatem na kapciach mamy z pomieszczenia wynoszą wszystko.

3. Dozowniki z mydłem i płynem dezynfekującym dla odmiany są w tzw. przejściówkach do sal. Niestety – bardzo często puste. Po mojej interwencji napełniono pojemnik przy sali nr 7. Zostałam jednak przeniesiona na salę nr 5 i znowu pozbawiona płynu.

4. Lekarze myją ręce tylko mydłem. Pielęgniarki wcale. Przez 12 dni ani jedna z pielęgniarek podchodzących do mojego dziecka w celu podania leków, w tym dożylnych, nie umyła rąk.

5. Pielęgniarki nie używają rękawiczek jałowych. Stosują wprawdzie przy podawaniu zastrzyków rękawiczki jednorazowe, zakładane na niemyte ręce przed salą, jednak potem „zabezpieczonymi” rękami otwierają drzwi (niejednokrotnie łapiąc za klamkę) i bez obaw dotykają wszelkich możliwych sprzętów.

6. Kiedy pielęgniarka zabiegowa wyjęła koreczek zabezpieczający wenflon mojej córki i odłożyła go do łóżeczka, a następnie po podaniu leku założyła z powrotem do żyły, na zwróconą uwagę odpowiedziała ze spokojem, że koreczek i tak jest brudny po dwóch dniach, a zamiennych jednorazowych w tym szpitalu w ogóle się nie stosuje. Zatem gdyby spadł na podłogę też by go nie zmieniła, bo z własnej kieszeni za niego nie zapłaci.

7. Wenflonów nie przepłukuje się, opatrunków się nie zmienia. Po prostu po trzech dobach, niezależnie od tego, czy wejście jest drożne czy nie, wymienia się je na nowe i kłuje dzieci.

8. Na salach panuje pełna samowola. Jeśli rodzic nie kąpie dziecka i sam się nie myje, jest to jego prywatna sprawa. Chociaż na oddziale nie ma żadnego sprawnego systemu wentylacji, jedne sale są wietrzone, inne nie – zależnie od decyzji rodziców. Chociaż regulamin pozwala, by przy dziecku przebywała jedna osoba dorosła, często są równocześnie trzy, cztery. Nawet teraz, gdy informowano nas o zagrożeniu epidemiologicznym. Na salach przetrzymywane są rzeczy osobiste dorosłych, jedzenie, nawet buty, chociaż w korytarzach jest na nie miejsce w specjalnych szafkach. Rodzice odmawiają jednak korzystania z nich, gdyż nie są one w ogóle sprzątane. Nikt ich nawet nie przeciera.

9. Zgłaszanie uwag personelowi mija się z celem. Argumenty zwrotne przerażają. Dowiadywałam się, że „przesadzam z tym brudem”, „jestem przewrażliwiona, w stresie”, a to, że kolejne dziecko w trakcie leczenia złapało rotawirusa „ma związek z otwieraniem drzwi do sal, a nie toaletą”. Po kłótni z pielęgniarką zabiegową toaleta była czysta może przez dobę. Potem wszystko wróciło „do normy”. Uprzedziłam szpital, że złożę skargę i wątpię, by to poskutkowało na dłużej. Tam po prostu nie dostrzega się problemu.

10. Za wszystkie nieszczęścia na oddziale winę miał ponosić wzrost zachorowań. Tymczasem w toaletach na innych piętrach szpitala jest czysto.

11. Uważam, że karygodny jest fakt wynajmowania przez szpital jednoosobowych sal komercyjnych podczas epidemii. Efekt: wybrańcy i szczęściarze (na sale są zapisy, bo ich brakuje) mogli cieszyć się jedynkami w chwili, gdy obok w sali tej samej wielkości umieszczano pięcioro dzieci. Sale są przewidziane dla dwojga dzieci zresztą. Najbardziej jednak zbulwersował mnie fakt, że na zewnątrz pani ordynator, z pomocą dziennikarzy TVN, pokazuje przykładne miejsce leczenia małych pacjentów. 15 stycznia salę komercyjną nagrano jako normalne miejsce opieki nad dziećmi. To wstrząsające, że zgodziła się na to dziennikarka, która widziała przecież cały oddział i nieludzkie przeludnienie.

Mam nadzieję, że mój list nie pozostanie bez odpowiedzi. Mam nadzieję, że ustrzeże kolejnych pacjentów przed leczeniem się w brudzie zagrażającym życiu. A ja być może do Bydgoszczy będę jeździć, ale ustrzegę dzieci przed ponownym koszmarem. Szpital na Niekłańskiej (a dokładniej lekarz na Izbie Przyjęć) poinformował mnie bowiem, że jest moim szpitalem rejonowym, jedynym dostępnym podczas epidemii, a je ufałam, że rejonizacja to przeszłość. Swoją drogą czy to nie skandal, że taka ogromna i pełna dzieci dzielnica jak Białołęka nie ma szpitala dziecięcego nawet w planach? Chętnie bym na ten cel oddała kretyńskie becikowe-giertychowe.

Z poważaniem
Eliza Dolecka

My również dołączamy się do apelu Pani Elizy i żywimy nadzieję na to że warunki higieniczne i świadomość! panujące w tym szpitalu ulegną radykalnej poprawie!