Dzieci trzeba się uczyć. Rozmowa z Roksaną Jędrzejewską-Wróbel

Rozmowa z Roksaną Jędrzejewską-Wróbel, autorką “Florki”, “Maleńkiego królestwa królewny Aurelki”, “Kamienicy” i wielu innych nagradzanych i chętnie czytanych przez dzieci książek.

Lidia Russell: W dobie kultury obrazków, e-booków, smartfonów i tabletów książka bywa odbierana jako relikt przeszłości. Zawsze też będą rodziny, w których czytanie książek to “zło konieczne” (i poza szkołą lepiej go unikać) czy męczący obowiązek. A czym jest książka w świecie polskiej autorki bardzo poczytnych książek dla dzieci, Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel? Oczywiście jestem przygotowana również na odpowiedź od Pani doktor i literaturoznawcy.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel:W moim świecie książka po prostu jest i była obecna zawsze. Jak powietrze. Dlatego nie wiem, czy umiem jakoś sensownie o tej obecności mówić. Jest od dziecka częścią mojego życia i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Zawsze mam na nocnym stoliku stos książek, które właśnie czytam, a biblioteka do tej pory jest dla mnie miejscem magicznym. Uwielbiam chodzić między półkami i odczytywać tytuły z okładek, ze świadomością, że każda z tych książek to portal do innej rzeczywistości. Że mogę zupełnie bezkarnie zabrać ją do domu i odbyć podróż w głąb innego świata. Czasem bardzo mi bliskiego, a czasem wręcz przeciwnie – zupełnie odmiennego. I to jest właśnie fascynujące. Oczywiście mogłabym powiedzieć, że czytanie rozwija wyobraźnię i poszerza horyzonty. Ale to są oczywistości i ogólniki, a książki to coś więcej – światy, które nas w siebie wciągają, a kiedy wracamy, jesteśmy już inni, przemienieni, bogatsi na bardzo subtelnym poziomie. Spotkanie z książką to dla mnie przede wszystkim spotkanie z drugim człowiekiem, z jego światem, wrażliwością, emocjami; takie, które w inny sposób nie mogłoby się odbyć.

 

LR: Ma Pani troje dzieci. Czego nauczyła się Pani od nich o książkach dla dzieci (i pewnie już nie tylko dla dzieci)? Czy pisała/pisze Pani dla nich? Czy są pierwszymi czytelnikami?

Teraz, niestety, muszę sobie radzić sama, bo moje dzieci są już dorosłe –najstarsza córka ma 22 lata, młodsza 15, a syn 20. Ale rzeczywiście, 12 lat temu, kiedy zaczynałam pisać, ich pomoc była nieoceniona. Nauczyli mnie przede wszystkim tego, że pisanie dla dzieci musi być z gruntu uczciwe. Dzieci są bardzo wyczulone na fałsz i protekcjonalne traktowanie, takie dobrotliwe poklepywanie po główce. Z moich obserwacji wynika, że dzieci,  tak jak dorośli, oczekują opowieści prawdziwych, wiarygodnych. Takich, które pomogą im zrozumieć otaczający świat i siebie; które je rozbawią i wzruszą, zostawią ślad. Dzieci rozumieją więcej niż nam się wydaje. Ważny jest też język, którym się pisze – musi być prosty i zrozumiały, bliski dzieciom i ich rzeczywistości. A język podlega nieustannym przemianom, dlatego pisarz, który chce być blisko życia, jest zmuszony do bycia podglądaczem. Mam taki specjalny notes, w którym zapisuję podsłuchane słowa i zwroty, które mnie czymś przyciągnęły. No i zawsze daję tekst w tzw. maszynopisie do czytania zaprzyjaźnionym rodzicom i ich dzieciom i bardzo poważnie traktuję feedback.

Kurs online: Zrelaksowana Mama
Praktyczna i mądra pomoc w wychowaniu dzieci

 

LR: Jak sprawić, by dzieci sięgały po książki – oprócz tego, że samemu się po nie sięga z przyjemnością, którą dziecko czuje i widzi i której również w związku z tym chce doświadczyć?

Nie mam złotego środka, mogę jedynie podzielić się swoim doświadczeniem. Myślę, że przede wszystkim trzeba dzieciom czytać, jak najdłużej się da. Ja być może pobiłam w tej sferze mały rekord, bo czytałam najmłodszej córce jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy miała 14 lat, “Anię z Zielonego Wzgórza” – wszystkie tomy. To książka, po którą sama bym już nie sięgnęła, a dzięki wspólnemu czytaniu miałam okazję wrócić do własnej młodości i zweryfikować swoje ówczesne emocje. Była to bardzo pouczająca lektura, przy której czytania było tyle samo, ile rozmów, sprowokowanych przez kolejne rozdziały.

Bo wspólne czytanie to nie tylko wspólna lektura. To także bliskie spotkanie z dzieckiem, stop-klatka, wspólny czas. Zatrzymanie w chaosie dnia, o które coraz trudniej. Wieczorne czytanie to czynność, która wymusza określone warunki – trzeba usiąść, zapalić lampkę, wyciszyć się. Jesteśmy coraz bardziej wielofunkcyjni – gotujemy, rozmawiając przez telefon i zerkając na fb. A przy czytaniu tak się nie da. Musimy być tu i teraz. Razem. Książka jest naszym łącznikiem. Odpowiednio dobrana, może pomóc w rozmowie na trudne tematy, rozproszyć lęki, nazwać uczucia. Może okazać się okazją do pytań, bo emocje, których przydarzają się bohaterom, często dotyczą też dziecka, chociaż czasami nie mamy o tym pojęcia. Tak było z ostatnią częścią “Florki”, czyli “Mejlami do Klemensa”, w których występuje dość wredna postać – niejaka wydra Eulalia. Po rozesłaniu tekstu do moich “rodzin testujących” okazało się, że wiele dzieci ma doświadczenia w przedszkolu z takim osobami, o czym rodzice nie mieli pojęcia. Wspólne czytanie może być więc okazją, aby się o naszym dziecku czegoś więcej dowiedzieć.

 

LR: Jakie książki współczesnych polskich autorów – poza własnymi rzecz jasna – poleciłaby Pani rodzicom?

Zawsze i wszędzie polecam wiersze. Poezja to zabawa językiem, uwrażliwienie na metaforę, myślenie obrazowe. Wydaje mi to się szczególnie ważne, jeśli polski jest drugim językiem. Ze współczesnych poetów bardzo cenię Danutę Wawiłow, Dorotę Gellner i Małgorzatę Strzałkowską. Co do prozy, to moim faworytem pozostaje nieustająco Marcin Szczygielski i jego przenikliwe, doskonale napisane i niezwykle mądre powieści. Moją ulubioną jest dość mroczny, ale jakże profetyczny “Czarny młyn”. No i osobna kategoria – poetycko-obrazowe książki Iwony Chmielewskiej. Jakość i piękno samo w sobie. Moje ukochane – “Dwoje ludzi” i “Kłopot”. Polecam gorąco, bo otwierają głowy dzieciom i serca dorosłym.

 

LR: Czy ma Pani jakąś książkę swojego autorstwa, którą darzy Pani szczególnymi względami? Czuję, że to trochę tak, jakby pytać, czy ma Pani wśród swoich dzieci ulubione – ale może z książkami jest zupełnie inaczej? Przyznam, że sama myślę tu o Pani “Kosmicie”, który jest opowieścią o dziecku autystycznym… czy powstawał wokół jakiegoś Pani doświadczenia?

To trudne pytanie, bo w każdej książce zostawiłam kawałek siebie. Najwięcej chyba w pełnej świń “Kamienicy”, której bohaterka – Klara Kwik-Prosiaczyńska – jest do mnie nieco podobna. Może nie z profilu, ale z niepokornego charakteru na pewno. Lubię też bardzo “Siedmiu wspaniałych”, czyli siedem opowiadań o współczesnych problemach, które napisałam na bazie klasycznych baśni. Są więc trzy świnki, ale tym razem to nie one są ofiarami, którym wilk rozwala kolejne domki, a wręcz przeciwnie. W mojej historii przedsiębiorcze świniki-akwizytorki przeprowadzają skołowanego wilka do mieszkań o coraz wyższym standardzie, tak je zręcznie zachwalając i reklamując, że wilk dopiero pod koniec opowieści zastanawia się, czy naprawdę poprawa bytu materialnego to jest to, o co mu w życiu chodzi. Jest “Roszpunka”, którą rodzice, chcąc jej zapewnić jak najlepszy start, zapisują do przedszkola dla celebrytów. Jest Oliver, chłopczyk rozwodzących się rodziców, który – mając dość nieustannych kłótni – zamienia ich w żaby. I kilka innych, a każda to dobry wstęp do rozmowy z dzieckiem o tym, co w życiu ważne. Jeśli chodzi o “Kosmitę”, to wiele razy pytano mnie, czy mam jakieś osobiste doświadczenia z autyzmem, skoro napisałam tak wiarygodną historię o dziecku autystycznym. I zawsze odpowiadam to samo – nie mam. Sukces tej książki jest najwyraźniej dowodem na to, jakim cudem jest empatia – umiejętność wczucia się w doświadczenia innego, nawet kompletnie niepodobnego do nas człowieka. To umiejętność, która nieustannie mnie zachwyca, bo dzięki niej świat może stać się miejscem przyjaznym. Ludzie empatyczni nie wszczynają wojen. Teraz przyszła do mnie kolejna zaleta czytania książek – rozwijają empatię!

 

LR: A czy ma Pani swoją ulubioną królewnę? Proszę uzasadnić wybór!

Patrząc na swoje książki, widzę niepokojącą skłonność do królewien i świnek… Ulubiona królewna? Owszem, jest taka jedna – ma 7 lat i jest bohaterką mojej książki pt. “Maleńkie królestwo królewny Aurelki”. To zwyczajna dziewczynka, która marzy o tym, żeby zostać królewną właśnie. I zostaje, bo marzenia się spełniają. Ale uważajmy, o czym marzymy! Aurelka po koronacji zostaje zapakowana w Najpiękniejszą Suknię Świata i wysłana na Wieżę Oczekiwań, w celu wypatrywania księcia oczywiście. No i tu dopiero zaczyna się cała historia. Bo okazuje się, że Najpiękniejsza Suknia pije pod pachami, a na Wieży Oczekiwań jest strasznie nudno, czyli jak zwykle teoria rozmija się z praktyką. Aurelka postanawia stworzyć więc zupełnie nowe królestwo, swoje królestwo. Jednak, żeby to zrobić, musi się najpierw dowiedzieć, kim jest i czego tak naprawdę chce. Krystyna Zabawa w książce “Rozpoczęta opowieść” napisała, że “Aurelka” to taka dziecięca “Biegnąca z wilkami”. Nie wymyśliłabym piękniejszej recenzji.

 

LR: Gdyby nie została Pani autorką książek dla dzieci, to kim by Pani dziś była?… Poetką?… Lekarką?… Dziennikarką?…

Nie mam pojęcia. Kiedy miałam dziesięć lat, chciałam być kierowcą tira, jako piętnastolatka marzyłam, żeby zostać lekarzem, potem – konserwatorem zabytków, jeszcze później – scenografem. W końcu wylądowałam na polonistyce, chociaż o tym, żeby być pisarką, nie pomyślałam nigdy. A może coś za mnie pomyślało? Niby coś wybieramy, ale życie ma czasami wobec nas zupełnie inne plany. Ale też nic nie jest dane raz na zawsze, więc kto wie, gdzie i kim będę za dziesięć lat? Może krawcową? Nie obraziłabym się.

 

LR: A jak się zostaje pisarką dla dzieci? Wiem, że wiele dzieci lubi zadawać takie pytanie autorom.

Nie ma chyba na to przepisu. W moim wypadku spiritus movens, czyli sprężyną wydarzeń okazała się moja przyjaciółka, świetna ilustratorka Agnieszka Żelewska. Z bliżej nieznanych mi powodów uparła się, że mam talent i z uporem namawiała mnie na wzięcie udziału w konkursie literackim. No to wzięłam ten udział, z przyjaźni do niej bardziej niż z potrzeby własnej. Wygrałam i tak się zaczęło. Wniosek z tej historii jest taki, że przyjaciele to najcenniejsze, czego się w życiu można dorobić.

 

LR: A czego przede wszystkim trzeba się nauczyć, by dobrze pisać dla dzieci?

Chyba dzieci trzeba się uczyć. Ich otwartości, ufności, przenikliwości. I nieustająco ćwiczyć to świeże, nieobciążone stereotypami spojrzenie na świat. Wstawać rano, otwierać oczy i patrzeć na niebo tak, jakby się je pierwszy raz widziało. Z zachwytem i zdziwieniem. Ja ciągle próbuję i nawet czasami mi się udaje. Polecam. Pomaga nie tylko przy pisaniu.

 

LR: Ciekawi mnie czasem, skąd biorą się wszyscy ci tak trudni do pomyślenia, zanim nie wymyśli ich jakiś pisarz, bohaterowie książek dla dzieci; skąd na przykład wzięła się Florka?

Pierwowzór Florki, czyli starego pluszaka z nieprawdopodobnie długim nosem i jeszcze dłuższym ogonem, znalazłam w sklepie z rzeczami używanymi, zupełnie przypadkiem. Ale przypadek, który przypadkiem nie jest, to chyba najlepsza odpowiedź w wypadku każdego bohatera. Bo im dłużej piszę, tym bardziej jestem przekonana, że to oni mnie wybierają, a nie ja ich. Niektóre historie po prostu muszą powstać i jedynie szukają na to sposobu. Ja jestem tylko narzędziem. To, że pluszak ze sklepu jest ryjówką, odkrył mój syn. Ja odkryłam, że na imię ma Florka, a ona opowiedziała swoją historię.

 

LR: Czy autor książek dla dzieci współpracuje ściśle z ilustratorem albo powinien?

Moim zdaniem książka dla dzieci to integralna całość – tekstu i ilustracji.  Dlatego staram się, żeby moje książki ilustrowali graficy, których lubię i cenię. Wtedy mam całkowite zaufanie i zupełnie się nie wtrącam. I jak na razie ta metoda się sprawdza, a moi narysowani bohaterowie zachwycają mnie i zaskakują. Ale trzeba pamiętać, że książka dla dzieci to nie tylko tekst i ilustracja. To także typografia, czyli projekt całości – liternictwo, format, papier, układ tekstu na stronie. To od typografii zależy, jaki będzie ostateczny kształt książki; czy będzie ona w swojej formie harmonijną całością. Bo to niezwykle ważne, żeby książka, szczególnie dla dzieci, była dobrze zaprojektowana. Mam nadzieję, że moje takie właśnie są i tu dziękuję za to mojemu wydawcy, czyli Wydawnictwu Bajka, które przykłada do wyglądu książki wielką wagę.

 

LR: A skoro zaczęłyśmy jakby od pytania “po co czytać?”, to zapytam teraz, po co pisać? Co daje pisanie, poza – tak jak w Pani przypadku – nagrodami w konkursach, rozpoznawalnością medialną, gratyfikacją finansową czy pamięcią u potomnych?

O rozpoznawalności medialnej nie ma mowy i bardzo dobrze, bo nie czuję takiej potrzeby. Piszę, bo – jak już powiedziałam – historie do mnie przychodzą. Patrzę na sznurek i zastanawiam się, co myśli, jak się czuje, kiedy ktoś bierze go do ręki. Na talerzu siada mucha, a do mnie dociera, że dla niej ten talerz z zupą jest jak jezioro Michigan. Widzę, jak dziecko w kawiarni układa na stoliku kryształki cukru i jak jego mama, wstając, nieuważnie strąca je dłonią. I ja wiem, że temu dziecku właśnie zniknął kawałeczek świata. Wracam do domu i próbuję go odtworzyć. Tak było zawsze; zawsze układałam w głowie historie, tylko nigdy nie sądziłam, że można z tego żyć. A kiedy ostatnio uświadomiłam sobie, że zarabiam na życie zmyślaniem, to poczułam wielką wdzięczność, że tak zostałam przez los obdarowana.

 

LR: Na pewno czyta Pani obcojęzyczną współczesną literaturę dla dzieci. Czy polska dobrze wypada na jej tle? Pewnie trochę inaczej wygląda to na tle Europy, a inaczej w porównaniu z Ameryką, nie wspominając już o innych kontynentach. Wiem, że w Polsce dopiero niedawno ukazał się na przykład amerykański “klasyk” Maurice’a Sendaka z 1963 r. “Where The Wild Things Are”. Na polski prawie nieprzetłumaczalny tytuł, więc dostaliśmy “Tam, gdzie żyją dzikie stwory”. Mamy sporo zaległości, ale czy powinniśmy mieć kompleksy?

Nie sądzę. Ja w ogóle jestem przeciwna myśleniu “kompleksami” o czymkolwiek. To wynika z jakiegoś dziwnego upodobania do porównywania i rywalizacji. Jesteśmy jacy jesteśmy i mamy taką literaturę, jaką mamy. Ani lepszą, ani gorszą. W Polsce rynek wydawniczy dla dzieci ma się z roku na rok coraz lepiej, pojawia się coraz więcej tłumaczeń, polskie książki też są przekładane. Jest ruch, wymiana, możemy się spotykać, poznawać, uczyć się od siebie nawzajem i wybierać to, co nam odpowiada. To chyba najważniejsze.

 

LR: To teraz poproszę o Pani ulubioną książkę z dzieciństwa 🙂

Było ich całe mnóstwo. Każda z innego powodu, każda na innym etapie. Ale powiem o tych, które zostawiły trwały ślad i coś we mnie przemieniły. I tak empatii nauczyłam się dzięki mało znanej “Dziewczynce spoza szyby” – Jadwigi Ruth-Charlewskiej. Przejmująco smutnej historii dziewczynki na wózku inwalidzkim, która patrzy na świat zza tytułowej szyby właśnie. I tęskni za tym, żeby tego świata dotknąć. Naiwna “Pollyanna” Eleanor H. Porter urzekła mnie swoją determinacją do bycia szczęśliwą. Kiedy czytałam tę książkę, byłam dziesięcioletnią, dość samotną i smutną dziewczynką. Jeśli dziś jestem pogodną i towarzyską kobietą, to po części właśnie zasługa Polyanny, a jej upór w szukaniu światełka w najgłębszej ciemności jest ze mną do dziś. Do tych książek jednak nie wracam, spełniły swoje zadanie. Lekturą ponadczasową są dla mnie natomiast “Muminki” Tove Jansson, które wciąż odkrywam na nowo. I w miarę, jak mi przybywa lat, utożsamiam się z coraz to innym bohaterem, chociaż Mamusia Muminka pozostaje moją niedoścignioną idolką.

 

LR: Chętnie zapytałabym jeszcze, o czym będzie Pani następna książka, ale zrozumiem, jeśli to tajemnica!

Następna dopiero w planach, ale już za chwilę, w październiku wyjdzie moja najnowsza książka pt. “Praktyczny pan” z fantastycznymi ilustracjami Adama Pękalskiego. To pouczająca historia o tym, dlaczego łatwiej jest nam czasem wypełnić arkusz excela niż pogłaskać kota, a także o wielkiej tęsknocie za bliskością i o jeszcze większym przed nią strachu.

 

LR: Brzmi znajomo, intrygująco i zachęcająco. Bardzo dziękuję za rozmowę!

Rozmawiała: Lidia Russell
Zdjęcie Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel: Dariusz Gorajski