Pierwszy raz na narty z dzieckiem

…czyli wszystko to co chciałem wiedzieć, ale nie miałem kogo zapytać.
W tym sezonie udała mi się pierwsza wyprawa na narty ze swoim 4.5 letnim Jasiem. Przed wyjazdem bardzo mi zależało żeby wszystko się udało tzn. żebym zachęcił a nie zniechęcił dziecko do nart. Próbowałem więc odpowiedzieć sobie na kilka pytań szukając w Internecie ale wszystkie artykuły były na tyle pobieżne że nie wiele z nich mogłem wywnioskować. Dlatego po udanym wyjeździe postanowiłem się podzielić kilkoma, moim zdaniem, przydatnymi radami, ale także i wrażeniami.

Kiedy zacząć

Tematu tego nie będę bardzo rozwijał, każde dziecko jest inne, a ja mam jedno 4.5 letnie i okazało się że dla Niego to odpowiedni moment.
Już przed wyjazdem słyszałem że ponoć dzieci się uczą szybciej, ale że po 7 dniach będziemy zjeżdżać razem z czerwonej trasy tego nie przewidziałem…

Gdzie pojechać

Pewnie jest wiele fajnych miejsc. My na miejsce docelowe wybraliśmy Białkę Tatrzańską, ze względu na dobrą moim zdaniem ofertę dla dzieci: 2 bardzo proste trasy dla dzieci, ogródek dla najmłodszych, terma/aquapark z atrakcjami dla dzieci (małe zjeżdżalnie etc).

Sprzęt

Jak wiadomo, dziecko rośnie a długość nart zależy od wzrostu, jest też szansa że dziecko po pierwszym wyjeździe jednak nie prędko na te narty wróci. Moja rada: wypożyczyć. Koszt kompletu (narty, kije, kask, gogle) na 7 dni wyniósł poniżej 200 PLN w Białce Tatrzańskiej. Kask jest obowiązkowy dla dzieci poniżej 16 roku życia.
Warto wypożyczyć sprzęt na miejscu, oszczędzamy kłopot z dowozem, a ew. fakt iż w miejscowości narciarskiej będzie nieco drożej niż w miejscu zamieszkania zwykle niwelowany jest tym że wypożyczamy na co najmniej 2 dni krócej (odliczamy czas dojazdu).

Polecam też rozważyć zabranie pokrowca na narty – jeśli mamy kawałek do przejścia z samochodu na stok to możemy wsadzić swoje i dziecka narty w jeden pokrowiec. Ja nie miałem i noszenie dwóch par – swoich i dziecka było bardzo kłopotliwe, ale przynajmniej nie miałem dylematu co zrobić z pokrowcem.

Ubranie małego narciarza

To czego nie wiedziałem a dowiedziałem się przez przypadek to to że pod kaskiem warto mieć kominiarkę (sam jako dorosły jeżdżę bez kasku bo jak ja się uczyłem nie było tego w zwyczaju( i to bezwzględnie polecam kupić bo nie wchodzi w skład wynajmu.

Z reguły wszystkie poradniki zalecają mieć ubranie na stoku na zmianę. Przyznam szczerze że nie miałem potrzeby z tego skorzystać, gdy temperatura jest ujemna, nie bardzo jest jak się zamoczyć, jeden dzień temperatury dodatniej pokazał jednak że wówczas jest szansa na przemoczenie ubrania kiedy śnieg się topi i jest wodnisto. To co ja bym polecał to na pewno rękawiczki na zmianę (bo najczęściej się moczą zwłaszcza jak dziecko je zdejmuje i śnieg nasypuje się do środka), czapkę (bo czasami kask przeszkadza a nie jest potrzebny – np. w drodze na obiad), dobrze też jest mieć lekkie buty na zmianę, żeby mieć komfort na obiad pójść w czymś wygodnym a nie w butach narciarskich. Minus jest taki że buty trzeba gdzieś nosić – czasami można je gdzieś zostawić na własne ryzyko, niekiedy na stokach są specjalne szafki. My z tego zrezygnowaliśmy po 3 dniach bo młody czuł się w butach dobrze i nie odczuwał dyskomfortu w spędzaniu w nich cały dzień.

Oczywista sprawa to kombinezon, lub spodnie i kurtka narciarska. My mieliśmy dwuczęściowy, przy jednoczęściowym warto się upewnić że siusianie nie będzie zbyt kłopotliwe.

Pod kurtką często wystarczy cienka bluzeczka i polar, jeśli dziecko się rusza, a nie ma trzaskającego mrozu – ubieranie go jak do lepienia bałwana przed blokiem może okazać się pomyłką bo dzieciak przegrzeje się i przeziębi.

Nauka jazdy

To była kwestia o której chciałem się dowiedzieć jak najwięcej przed wyjazdem, żeby zachęcić a nie zrazić a jest tu kilka kwestii do decyzji…

Instruktor czy nauka z rodzicem?

Ja polecam instruktora, powodów jest kilka:

• Autorytet: jest to nowa osoba w uniformie (zwykle stroje instruktorów są standaryzowane) i posłuch będzie większy, nadto być może nowy idol czy nowy przyjaciel. Mój maluch po dwóch dniach nie chciał mi przybić piątki bo mówił że powinienem to robić “tak jak Tomek” (instruktor)

• Dziecko z nim będzie bezpieczniejsze: nieważne jak się jeździ instruktor jeździ częściej i jest sprawniejszy, potrafi przewidzieć niebezpieczne sytuacje i np. w mgnieniu oka podbiec na stromym stoku do góry by zgarnąć dziecko, czy też podnieść je jedną ręką do góry jeśli zajdzie potrzeba

• Jazda z instruktorem to dodatkowa “otoczka”: my mieliśmy książeczkę narciarza, z odznakami za “sprawności” dla których dziecko bardzo się starało a na końcu medal i dyplom. Na końcu Jasiek otrzymując medal niemal się nie popłakał ze wzruszenia twierdząc że “on myślał że medal będzie taki na niby, papierowy a jest taki prawdziwy jak dla prawdziwego narciarza”. Atmosfera myślę nie do wytworzenia samemu mimo szczerych chęci.

• Instruktorzy potrafią zastosować i podpowiedzieć pomysły które nie przyszłyby nam do głowy. Ja miałem problem taki że dziecko zjeżdżało już z instruktorem z dużej górki ale przy jeździe ze mną nie chciał jechać idealnie po śladach tylko skręcał gdzie chciał (a wiadomo jak to się ma do bezpieczeństwa), instruktor powiedział mi że jego się też nie słucha, ale jak bawią się w detektywów i musi Go śledzić… i masę innych patentów: jazda na frytkę, helikopter itp. Itd.

• Tam gdzie byliśmy dziecko z instruktorem jeździło bez kolejki a przy polskich kolejkach to robi różnicę (dlatego też nie polecam instruktorów „niezrzeszonych” bo z nimi 90% lekcji to będzie stanie w kolejce)

Czemu nie szkółka? Szkółka pewnie też byłaby super ale akurat tam nie było, pyza tym słyszałem że takich maluchy lepiej uczyć indywidualnie (choć nie mogę się do tego odnieść).

Jaki grafik zajęć?

Pani w szkółce przez telefon poleciła mi dla malucha 1 godzinę dziennie, bo nie wiadomo czy się spodoba, a lepiej nie zrażać. Na stronach szkółek w Czechach i Austrii były zaś informacje, że jeżdżą z takimi maluchami 3-6 godzin dziennie… 6 wydało mi się lekkim ryzykiem, ale perspektywa tylko 1 godziny na stoku też mi się nie uśmiechała (m.in dlatego że ustalanie grafika było z wyprzedzeniem i dokupienie godziny w przypadku gdy dzieciakowi się podoba nie było proste).
W końcu poprosiłem Panią o połączenie z instruktorem i ten doradził mi 2 godziny dziennie ale osobno ( u mnie była to 11 i 15) i to się okazało dobrym pomysłem.
Pierwszego dnia było to lekkie i nie forsujące, długa przerwa między lekcjami, wystarczająco jednak by czegoś się nauczyć (7 a 14 godzin w skali całego wyjazdu robi różnicę). U nas jednak od 2go dnia okazało się że po 1 godzinie Jasiek nie chce schodzić ze stoku i jeździliśmy do końca 4 godziny dziennie 11-12 instruktor 12-13 ze mną, 13-15 dwu godzinna przerwa na obiad, 15-16 instruktor, 16-17 jazda ze mną. Moje dziecko okazało się zapalonym narciarzem, ale przy mniejszym entuzjazmie, 2 godzinny dziennie też byłyby super!

Praca z instruktorem

Kolejną ważną kwestią to załatwienie by każda lekcja była z tym samym instruktorem. Dziecko nawiązuje sympatie i stanowi to też dodatkowy czynnik motywujący „Jedz śniadanie bo Tomek już na nas pewnie czeka i może ma kolejną odznakę?”. Żeby mieć ten komfort a zarazem jeździć o wybranych przez siebie godzinach warto zarezerwować sobie grafik z tygodniowym wyprzedzeniem.

Niedopatrzenie w tym temacie zaskutkowało tym że 2 dni mieliśmy lekcje w nieciekawych godzinach ale udało się załatwić jednego instruktora. W naszym przypadku niestety okazało się jednak że po 4 dniach instruktor zachorował i zamiast Tomka pojawił się Sławek. Ważne ze przynajmniej pierwsze dni były z tą samą osobą niż gdyby każda lekcja była z kim innym, poza tym zagrała standaryzacja: każdy instruktor miał ten sam strój, w tym kominiarkę, każdy na dzień dobry przybijał piątkę, miał mambę o smaku coli no i był równy 😉

Kryzys u małego narciarza

Kryzys raczej na pewno się pojawi w różnej formie. Warto z jednej strony starać się go zwalczyć jeśli to jest możliwe bo dla wytrwałych jest nagroda w postaci umiejętności jazdy na nartach i wspaniałej zabawy, a porażka może zaszczepić zniechęcenie do kolejnych wyjazdów. Warto jednak wyczuć kiedy dziecko jest autentycznie zmęczone lub znużone czy znudzone i wówczas odpuścić, bo zrobienie z nauki obowiązku może również skutecznie zniechęcić do dalszej nauki.

U nas to było tak:

Kryzys środka dnia – pojawiał się na obiedzie po pierwszych 2 godzinach jazdy, ciepła herbatka i krzesełko sprawiało iż dzieciak zasypiał nad talerzem i wyglądał jakby trzeba go było niezwłocznie położyć spać. Ponieważ przerwa trwała dwie godziny to było to na tyle dużo by odpocząć i nabrać sił bez spania a zaraz po obiedzie była kolejna lekcja z instruktorem na która Jasiek z góry bardzo się cieszył.

Kryzys poranny – chyba jak u wielu jeżdżących, a już na pewno uczących się, po gdy kilku dniach jeżdżenia wstaje się rano z łóżka, kolana bolą i czuje się ogólnie zmęczenie i niechęć to powrotu na stok. Tego kryzysu na pewno się spodziewałem, także już od początkowych dni powiedzieliśmy sobie że kryzys to taki chochlik który nam podpowiada że nic nam się nie chce tylko po to żeby nam zepsuć zabawę i że jak go pogonimy to mu się nie uda i wspólnie wymyślaliśmy różne bajkowe sposoby na pogonienie wstręciucha. Po kilku dniach Jaś po wyjściu z auta i ubraniu butów kucnął sobie i powiedział że nóżki go bolą, nie ma siły etc. Po pytaniu czy ma kryzys natychmiast się ożywił i oznajmił że go pokonał – tak zaczął się kolejny wspaniały dzień jazdy.

Znużenie – i przyszedł taki moment przedostatniego dnia że po pierwszej godzinie z instruktorem Jaś nie wyraził chęci na dalszą jazdę oznajmiając że jest głodny (mimo iż z reguły jest niejadkiem). To był sygnał że jest faktycznie zmęczony i lub znudzony. Zrezygnowaliśmy wiec ze wspólnej jazdy i kupiliśmy sobie wycieczkę stonogą: pojazdem na gąsienicach który kusił Jaśka od początku, a można nim zrobić sobie wycieczkę po lasach i zaspach, aż na szczyt góry. Po takiej odskoczni Jaś chętnie wrócił na drugą godzinę z instruktorem a wieczorem a potem poszliśmy do termy/aquaparku który też jest na miejscu. Wieczorem zapytany czy następnego dnia odpuszczamy już jazdy i idziemy tylko na basem powiedział: idziemy na basen, ale na naukę jazdy też bo obiecał instruktorowi że mu opowie jak było. No a tego dnia pojechali na czerwoną trasę z czego był bardzo dumny, dostał medal i ładnie domknęliśmy wyjazd. Wydaje się że odpuszczenie tej jednej wspólnej jazdy na rzecz innych atrakcji było dobrym pomysłem.

Lekcje i samodzielne zjazdy

Nie jestem instruktorem więc to co tu piszę to jedynie moje własne spostrzeżenia i obserwacje. Przebiegiem zajęć byłem żywo zainteresowany bo młody po zajęciach chciał jeździć jeszcze ze mną, a przy jeżdżeniu z dzieckiem trzeba opanować zupełnie nowe umiejętności.

Instruktor zaczął od 200m wyciągu talerzykowego. Nie było wcześniej teorii etc, chyba pierwszym razem zjechał z dzieckiem między nogami że pokazać że to fajne, a potem zaczęła się jazda pługiem. Instruktor jechał przed dzieckiem tyłem i rękami trzymał Jaśka za narty tak żeby bez wysiłku trzymał pług. W kolejnym etapie nie było już trzymania za narty ale ciągle jechał tyłem i jak Jasiek tracił pług i zaczynał jechać szybko to łapał go między swoje nogi. Idąc za przykładem na jeździe ze mną robiłem tak samo, a po pierwszych dniach zamiast kolan bolały mnie łydki… W tym czasie podjazd do góry na wyciągu odbywał się wspólnie, z dzieckiem między nogami z talerzykiem tylko między swoimi nogami – to też na początku była dla mnie sztuka. Później Jasiek wjeżdżał już sam a instruktor lub ja za nim – tu trzeba było opanować przechwytywanie go jeśli się wywalił, a także ściąganie z wyciągu bo na początku na górze po prostu się wypinał i czekał aż ktoś dojedzie i go popcha w stronę zjazdu.
Po opanowaniu płużka zaczęły się ćwiczenia z podnoszeniem rączek przy skrętach i stąd już niedaleko było do jazdy (prawie) równoległej.

Czwartego dnia było już krzesełko – z instruktorem. Ja nie czułem się na siłach zjeżdżać tyłem na dużej górze, bałem się też obsługi wsiadania i wysiadania więc jazdy ze mną odbywały się dalej na talerzyku. Piątego dnia jak Jasiek jeździł już za instruktorem śladem a na talerzyk nie chciał już iść bo nudny – byłem już zmuszony nauczyć się obsługi krzesełka. Okazało się to proste: podnieść dziecko na starcie, pilnować w trakcie jazdy i tylko zestawić na końcu – a On już sam zjeżdżał poza zasięg zjeżdżających z krzesełka czekał.

Niestety o ile za instruktorem jechał grzecznie o tyle za mną śladem nie chciał – skręcał kiedy chciał co nie było bezpieczne… Instruktor na zapytanie roześmiał się i powiedział że On nie prosi dziecka żeby za nim jechało bo się nie słucha tylko bawią się „w detektywów” i Jasiek ma go śledzić. Także często podpytywałem instruktora i dostawałem jakieś wskazówki. Niektórzy uważają że powinno się jechać za dzieckiem żeby je widzieć, mi jednak polecał jechać przed i w żadnym razie nie używać szelek bo się dziecko oducza panowania nad nartami – więc się posłuchałem, ale nie wnikam czy to są najlepsze pomysły bo się nie znam.
Przez cały czas Jasiek jeździł bez kijków i ja też bo to ułatwiało manewry takie jak obsługę na krzesełku czy podnoszenie po upadku.

Jak już pisałem ostatniego dnia razem zjeżdżaliśmy z czerwonej trasy więc nauka była piorunująca i o umiejętności jazdy tyłem mogłem już zapomnieć.
Z początku nie wiedziałem czy mam jeździć z nimi w trakcie lekcji czy zostawiać go na całą godzinę. Instruktor w początkowej fazie kazał być w pobliżu na wszelki wypadek ale nie rzucać się w oczy, później to już nawet nie byłem w stanie – bo oni korzystali z uprzywilejowanej kolejki a na dużej górze nie wiadomo było którym zjazdem pojechali. Okazjonalnie jednak starałem się przeciąć im drogę i wówczas jeśli Jasiek miał jakieś trudności to po to żeby pokazać Tacie co się nauczył dostawał przypływu sił. Okazjonalne wspólne wjazdy krzesełkiem dawały też możliwość dopytania się o coś instruktora.

Wyjazd z małym dzieckiem na narty choć początkowo wydaje się bardzo skomplikowany w rzeczywistości taki nie jest a może okazać się świetną zabawą. Wszystkim gorąco polecam!

Artykuł i zdjęcia udostępniamy dzięki uprzejmości Autora.  

Autor tekstu : Jakub Koperwas



ZOBACZ TAKŻE:nartywyjazdyzima