Peter Pan on Ice. Recenzja

Peter-Pan-on-Ice

Piszą “wielka rewia”, niesamowite wydarzenie, gorące bułeczki.
I jeszcze kilka tego typu westchnień sugerujących wielkie WOW.
Rewia na lodzie – połączenie, zdawałoby się, idealne.

Ja – matka – łyżwy uwielbiam odkąd potrafiłam wlepić wzrok w telewizor i oglądać mistrzostwa świata w jeździe figurowej. Teatr wielbię dwa razy bardziej.
Ona – córka – do łyżew ma stosunek umiarkowanie optymistyczny, natomiast na samo hasło "teatr" – pieje z zachwytu.
 
Gdy ostatni raz widziałam tego typu show, lodowisko było ogromne, tu zobaczyłyśmy ot zwyczajną scenę, tylko pokrytą lodem (ja – matka czekałam chwili, gdy ktoś z tej maleńkiej sceny zleci – nie doczekałam się jednak).

Ale Piotruś Pan z natury jest tak fascynujący, że przecież nie ma co patrzeć na rozmiar sceny, ponoć rozmiar najważniejszym nie jest.

Pewnie wciągającą sztukę można odegrać na scenie wielkości przeciętnego stołu. Można odegrać. Ale można i nie odegrać. Fascynującej. Bo nijaką da się odegrać zawsze i wszędzie.
I ta nijakość chyba najtrafniej opisuje Piotrusia Pana . Nijakość i chaos.

Znam tę książkę całkiem nieźle, jednak z tego, co działo się na scenie- niewiele mogłam wywnioskować. Być może reżyser uznał, że każdy widz Piotrusia Pana po prostu zna na pamięć, zatem sama sztuka przejrzystą być nie musi.

Oczywiście łyżwiarze jeździli cudnie – jak na zawodowych łyżwiarzy przystało, pięknie, wzniośle z licznymi podnoszeniami (tu rekordy bili rodzice Wendy i reszty), od aksli i tulupów roiło się na scenie.
Ba, nawet liny zawiesili, na których całe wesołe towarzystwo latało w tę i na zad.
Krokodyl, dla odmiany, chadzał na rękach, pewnie nigdy nie zrozumiem dlaczego, być może po prostu krokodyle tak mają i moja wina, że niedostatecznie pochyliłam się nad ich biologią.
Po całej zabawie usiłowałam przeprowadzić rozmowę z córką, klasyczną, na coś bardziej wyszukanego zabrakło mi inwencji (zwłaszcza, że zajęłam się poszukiwaniem samochodu, który porzuciłyśmy kilka przystanków dalej).

Idąc wzdycham na myśl o lotach na linie, które zawsze mnie intrygowały…
-′A co ci się najbardziej podobało′- pytam ja-matka
tu następuje moja ulubiona odpowiedź:
-"Nie wiem"
To subtelnie podrzucam:
-"A podobało ci się jak latali na linie?"
Do bólu logiczna ona-córka-lat 5,5, chłodno kalkulując:
-"To akurat podobało mnie się najmniej, bo żeby dobrze jeździć, trzeba ćwiczyć, a do wiszenia na linie nie potrzeba żadnych szczególnych umiejętności"
Porażona schowałam się w kapturze własnym, wstydząc się tego, że dałam się złapać na żałośnie prosty i dość tani chwyt… A ta mała, co ledwie od ziemi odrosła- nie.
Żal trochę, bo przecież mogło być tak pięknie…

Ale zaraz zaraz, Dzwoneczek był zachwycający, bo faktycznie choreografia aż krzyczała, że oto maleńka, latająca istotka, taniec syren też był intrygujący. Czyli plusy są. I minusy są, a niestety odgłosy i głosy świadczące o rozczarowaniu dobiegały zewsząd.

Ale i tak się zdarza nader często, przerost formy nad treścią, ot taki znak czasu, że wszystko w mediach może urosnąć do rangi sztuki. Szkoda.

Cały świat się zachwyca, a Polska się nudzi… chyba potrzebujemy mocniejszych wrażeń.

Anna Makowska

 

Autor tekstu : Anna Makowska



ZOBACZ TAKŻE:teatr