Mała ksiażka o kupie. Recenzja

Takiej książki jeszcze nie było. Tytuł szokuje, pomysł bawi i zastanawia. Z zainteresowaniem oglądałam kolejne obrazki i czytałam podpisy. Tych ostatnich nie ma zbyt wiele – nawet dziecko jest w stanie przeczytać całość w pół godziny. Co kryje się za twardą okładką z tytułem w kształcie balasków?

Książeczka nie jest skarbnicą wiedzy, chociaż znaczek serii "Bez tabu" mógłby sugerować jakieś mroczne tajemnice. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego wobec tego kupa jest tabu? I czy w ogóle jest?

W naszym domu, podobnie jak w wielu innych, temat brązowych balasków nasilił się przy żmudnej nauce korzystania z nocnika. Towarzyszył nam przy pierwszych spacerach po miejskich parkach, gdzie slalomem trzeba omijać psie odchody, i po wiejskich dróżkach, gdzie próbowaliśmy zgadnąć, jakie stworzenie zostawiło ślad swojej obecności. Takie naturalne poznawanie zasad biologii i higieny obecne jest w większości domów, skąd wobec tego pomysł, żeby z kupy robić tabu?

To, że o swoich wypróżnieniach nie rozmawiamy przy stole, nie oznacza przecież, że wypieramy ten temat z codziennych rozmów. Po prostu kupa (zwłaszcza cudza) jest dla nas czymś obrzydliwym i zaburza nasze poczucie estetyki. I bardzo dobrze! To przekonanie chroni nas przed wieloma groźnymi chorobami. Od małego uczymy dzieci, że kupy nie należy wkładać do buzi albo się nią bawić, a po wypróżnieniu trzeba zawsze umyć ręce.

Odniosłam wrażenie, że „Mała książka o kupie” chce przywrócić odchodom utracona cześć. Z punktu widzenia osoby dorosłej jest to zabawny pomysł w stylu abstrakcyjnego humoru Monty Pytona. Natomiast dzieci (próba przetestowanych osobników wyniosła 5 sztuk) były książką mniej lub bardziej zniesmaczone.

Wiele obrazków rozbawiło szczerze i mnie, i moje dzieci. Przykładem mogą być bąki zamknięte w słoiku albo spragnione kupy bakterie. Generalnie jednak całość chyba bardziej dziwi niż śmieszy. Jako mamie, nie przypadła mi do głowy historyjka starszych państwa, których przejeżdżający samochód z szambem obryzguje ekskrementami. Nie ubawił mnie też pomysł przedstawienia pod tytułem "Bąkowe szaleństwa", w którym dzieci przed widownią rozbierają się do naga. A już zupełnie kuriozalny wydał mi się rysunek nagich ludzi, którzy w ciasnym pomieszczeniu wytwarzają ogromne ilości balasków. Czy autorka rozbiera się do naga, żeby zrobić kupę? W dodatku golasy na obrazku robią kupę na stojąco – bez sensu, w ten sposób cali się wybrudzą.

W naszej kulturze nagość jest czymś intymnym. Być może Skandynawowie (autorka jest Szwedką) odbierają ją nieco inaczej. W samej nagości, podobnie jak w odchodach, nie ma nic złego. Liczy się kontekst. Ten, którego użyła autorka, często razi. Osobiście wolę kupę w toalecie i bez świadków, ale to oczywiście kwestia gustu. Tym, którzy mają ochotę obejrzeć ją na kartach książki, mogę polecić "Małą książkę i kupie".

Więcej informacji o książce na stronie Wydawnictwa Czarna Owca

 

Autor tekstu : Joanna Engel