Księżniczka i Żaba

Gdy księżniczka pocałuje żabę, zamieni się ona w wymarzonego księcia. Tak przynajmniej być powinno – wszyscy znamy tę historię. Ale co się stanie, gdy dziewczyna pocałuje żabę, a rezultat tego czynu będzie… hm… trochę inny? Miejmy nadzieję, że miłość mimo wszystko znajdzie dla siebie drogę, choćby to było naprawdę trudne!

Akcja filmu toczy się w latach dwudziestych, w tętniącym rytmami jazzu Nowym Orleanie. A głównymi bohaterami są: pragmatyczna dziewczyna, której nie w głowie amory – Tiana oraz lekkoduch Naveen, wielbiciel jazzu, książę z dalekiej Maldonii. Tajemniczy doktor Facilier wciągnie tę dwójkę w ciąg niezwykłych, magicznych wydarzeń…

Zapraszamy do kolorowania bohaterów filmu w dziale KOLOROWANKI DISNEYA!

 

Niech żyje tradycja!
Producent filmu John Lasseter, słynny współtwórca sukcesów Pixara, zapowiadał film jako powrót do wielkiej tradycji disnejowskiej – jest to pierwsza produkcja od czasu „Rogatego rancza" (2004) zrealizowana techniką ręcznej animacji. – To bajka dla widzów w każdym wieku, jednak ze świeżymi, zaskakującymi elementami. A poza tym mamy tu przygodę, komedię i muzykę, a także rodzaj gorącej uczuciowości, który zawsze wyróżniał produkcje Disneya – mówił Lasseter. Opowieść postanowiono umiejscowić w malowniczej scenerii Nowego Orleanu. – Musimy udźwignąć ciężar wielkiej tradycji i kontynuować ją – dodawał producent. I podkreślał, że nie może to rzecz jasna polegać na ślepym naśladownictwie, lecz na naprawdę twórczym wykorzystywaniu mistrzowskich wzorców.

Reżyserzy i scenarzyści Musker i Clements wydawali się idealni do tego zadania. Znają się na wylot, bo pracowali już pięciokrotnie razem – przy „Great Mouse Detective" (wideo, DVD: „Wielki mysi detektyw"), „Małej syrence", „Aladynie", „Herkulesie" oraz „Planecie skarbów". – John Lasseter pokochał ten pomysł – wspominał Musker. – Zresztą wszyscy uważaliśmy, że wykorzystanie scenerii Nowego Orleanu z jego wizualną atrakcyjnością i kulturalnymi, historycznymi, muzycznymi i magicznymi tradycjami to jest to. Zdecydowaliśmy, że era jazzu będzie tym, co nada naszemu filmowi nutkę nostalgii i doda mu muzykalności i rytmu.  A poza tym zamierzaliśmy poprowadzić grę z powszechnie znanymi baśniowymi regułami. Clements dodawał: Nie mieliśmy zamiaru niewolniczo i kurczowo trzymać się  przeszłości, choć bardzo ją szanujemy. „Księżniczka…" to czterdziesty dziewiąty animowany film pełnometrażowy w historii wytwórni Disneya, jest więc do czego się odwoływać. Najpierw była „Królewna Śnieżka", potem powstały takie klasyczne opowieści, jak „Kopciuszek", „101 dalmatyńczyków", a w późniejszych latach „Piękna i bestia" czy „Król Lew".

Producent Peter Del Vecho nie krył wzruszenia – tak go nastroił powrót do dawnej formy animacji, która wydawała się zarzucona przez wielkie studia i coraz bardziej marginalizowana. – To naprawdę daje wielką satysfakcję: widok animatora, który po prostu zaczyna rysować na papierze. A potem zapominasz o tych niezliczonych liniach wykonanych ołówkiem i chłoniesz  ekranowy świat, który powstaje w twoim umyśle. Poznajesz  niezapomniane postaci i ich perypetie – mówił rozmarzony.  

Ołówkiem, pędzlem i sercem
John Canamaker, wybitny animator i zdobywca Oscara (za najlepszą krótkometrażową animację w 2005 roku) oraz historyk animacji pisał tak: Z tradycyjną animacją łączy się czar, wynikający z bezpośredniego, intuicyjnego połączenia pomiędzy umysłem, dłonią i instrumentami służącymi do rysowania i malowania. To owocuje często specyficzną wrażliwością.  W rezultacie wyjątkowa elastyczność i styl filmów kręconych w takiej technice bardzo różni się od realistycznej wyobraźni i technicznej, lecz anonimowej doskonałości animacji komputerowej. Obejmujący funkcję szefów Disney Animation Studios (w 2006 roku) John Lasseter i Ed Catmull podzielali podobne przekonania. Byli zdania, że wbrew pozorom tradycyjna animacja nie utraciła swej artystycznej, ale i komercyjnej wartości. Nie był to podówczas (i obecnie) pogląd szczególnie popularny. Ale reedycje klasycznych filmów animowanych oraz dynamiczna działalność mniejszych wytwórni świadczą o tym, że  zapotrzebowanie na tego typu produkcje wcale  nie znikło.

Lasseterowi największy rozgłos przyniosła działalność na polu animacji komputerowej („Toy Story"), ale karierę zaczynał przecież jako tradycyjny animator. Doskonale zna mocne i słabe strony obu technik. Pamięta także, że technika ma służyć  opowiadaniu intrygujących i poruszających historii. Dlatego też, wbrew panującym trendom, zdecydowano się na realizację nowej pełnometrażowej animacji disnejowskiej w tradycyjnej technice. Musker wspominał, że wśród burzy pomysłów pojawił się ten, by odwołać się, jak to już w historii Disneya bywało, do klasycznej baśni. Tym razem wybór padł na „Żabiego księcia" braci Grimm. Powracamy szczerze i z pełnym zaangażowaniem do tradycji disnejowskiej. Czuję, że znów jesteśmy w domu – mówił Del Vecho. To także powrót do musicalu i do pracy wykonywanej ręcznie, także do magicznego świata malowanych dekoracji.

Co do muzyki, to Clements i Musker byli zdania, że nie należy kopiować broadwayowskiego, musicalowego stylu, który dominował w produkcjach disnejowskich od lat trzydziestych. Postanowili odwołać się do tradycji takich stylów muzycznych, jak zydeco (styl łączący elementy bluesa i muzyki kreolskiej, którego jednym z wyróżników jest używanie akordeonu), gospel i blues, nadając całości znamiona brzmienia zwanego „americana". – Byliśmy przekonani, że ożywić szlachetną tradycję dawnej  animacji, nadać jej nowy impet, mogła na taką skalę tylko wytwórnia Disneya. Dlatego wszyscy tak mocno zaangażowali się w nowy projekt – puentował Del Vecho. 

Stare, nowe i zaskakujące, czyli bohaterowie
Oto krótkie charakterystyki bohaterów „Księżniczki i żaby".  Twórcy starali się odwołać do tradycji, a jednocześnie podjąć z nią zabawną polemikę.

Tiana – nie jest typową baśniową księżniczką. To młoda, wielce atrakcyjna Afroamerykanka, obdarzona silną wolą i pracowitością, marząca o prowadzeniu własnej restauracji. Jest bardzo ambitna i zdeterminowana, nie ma więc czasu i ochoty na romanse, ale… Animator Mark Henn zwracał uwagę, że główne kobiece postaci z filmów Disneya przez lata przeszły znaczącą ewolucję; obdarzano je coraz większą wolą działania i rozbudowanymi motywacjami. Tak jest i w tym przypadku. – Królewna Śnieżka była po prostu „księżniczką, której grozi niebezpieczeństwo", Tianę zaś można nie tylko pokochać, ale i zrozumieć, ma przecież własne ambitne dążenia. I wielki wdzięk – tłumaczył Henn.

Książę Naveen – rozpieszczony i niezbyt odpowiedzialny, ale niezwykle uroczy. W dodatku kocha tradycyjny jazz w stylu Louisa Armstronga czy Carla Hinesa. Randy Haycock odpowiedzialny za animację tej postaci zauważył, że jest to książę z charakterem, a stosunki między nim a Tianą przypominają mocno te z komedii romantycznych. Wady bohatera stanowią zarazem o jego zaletach. W tym filmowcy upatrywali oryginalność tej postaci w porównaniu z baśniowymi poprzednikami. Pomaga on Tianie zatrzymać się w pędzie, docenić piękno chwili i odczuć radość życia.

Doktor Facilier – przebiegły łajdak posługujący się z wprawą magicznymi sztuczkami, niepozbawiony przy tym uwodzicielskiego wdzięku. – Jest wysokim przystojniakiem, jest muzykalny, ma w sobie podejrzaną słodycz. Myślę, że to naprawdę nie byle jaki złoczyńca. A przecież wiadomo, że bez przykuwającego uwagę czarnego charakteru każdy film, a zwłaszcza animacja wiele traci – komentował animator tej postaci, Bruce Smith.

Mama Odie – ma 197 lat i magiczne moce, których używa jednak w dobrych celach. Jest królową bagnistych rozlewisk Luizjany. Pomaga Tianie i Naveenowi przezwyciężyć czar rzucony przez Faciliera. – Ta niewidoma ekscentryczka mieszkająca na starej łodzi w niesamowitym otoczeniu miała sprawiać wręcz hipnotyzujące wrażenie – tłumaczył animujący jej postać Andreas Deja. – Wszystko, co ją otacza, jest niezwykłe. Inspirację dla stworzenia tej postaci filmowcy czerpali po części z utworów dla dzieci znawczyni miejscowego folkloru i profesor literatury na University of New Orleans, Colleen Salley.

Ray – zakochany świetlik, który nie wstydzi się mówić głośno o swych uczuciach do niejakiej Evangeline. W dodatku obdarzony południowym czarem. Animator Mike Surrey mówił: – On najmocniej wyraża w filmie myśl o sile miłości. Romantyczny, choć bardzo mały.

Louis – czarujący aligator, którego największą radością są jazzowe rytmy, a jego życiową pasją jest… gra na trąbce. Choć jest pełen kompleksów i neuroz, dzięki muzyce najpełniej wyraża siebie. Wprowadza do filmu zdecydowany ton komediowy.

Tatko La Buff – niezwykle bogaty południowiec, który wydaje wielki bal z okazji święta Mardi Gras. Uczyni wszystko, żeby uszczęśliwić swą córkę, ukochaną „księżniczkę", Charlottę. Filmowcy przyznawali, że chcieli się nieco przewrotnie odnieść do wielkiej amerykańskiej tradycji literackiej portretowania patriarchów z Południa, którzy z reguły swą niepohamowaną ambicją i umiłowaniem władzy niszczyli swe dzieci. W tym przypadku motywem działania bohatera nie jest pragnienie potwierdzenia swego autorytetu, lecz ślepe uczucie do córki.

Charlotta – nieco zwariowana, wymagająca i bogata panna. Zawsze chce mieć to, czego sobie zażyczy. Jej wielkim marzeniem jest małżeństwo z prawdziwym księciem – choćby nawet miała pocałować żabę. Jej długoletnią przyjaciółką jest Tiana, córka najlepszej szwaczki w Nowym Orleanie, która ani myśli o całowaniu żab.

James – ojciec Tiany, jej wielki wzór jeśli chodzi o niezłomnie uczciwe postępowanie, marzyciel. Także wielbiciel dobrego jedzenia i wyznawca poglądu, że łagodzi ono obyczaje i wiąże ludzi, pomaga przełamać bariery. Marzy o otwarciu własnej restauracji.
Eudora – wzór dla Tiany, kobieta biznesu, bardzo pragmatyczna. W przeciwieństwie do swego męża Jamesa, nie jest skłonna do bujania w obłokach. Uważa, że w ciężkich czasach Tiana powinna być niezależna.

Fabularne niespodzianki
Największą z nich jest to, że Tiana po pocałowaniu żaby… sama zamienia się w żabę. Wspólnie z Naveenem, także w zielonej postaci, muszą uciekać przed żabimi łowcami. A wszystko to przez intrygi doktora, chcącego zawładnąć królewskimi przywilejami Naveena. Niezwykła wspólna podróż tej pary doprowadzi do całkiem niespodziewanych uczuciowych rezultatów…
Musker i Clements z entuzjazmem zareagowali na propozycję powrotu do tradycyjnej animacji. Uprzednio pracowali już pięć razy w zgodnym w duecie, tworząc klasyczne, disnejowskie filmy. Ostatnio obaj z sukcesami zajmują się animacją, ale nowej (technicznie) generacji. Wyznają jednak pogląd, że ręcznie malowane filmy są przecież o wiele bardziej osobiste, na co też ma z pewnością długotrwała bezpośrednia praca z tworzywem. Del Vecho wspominał: – Mamy zbiorową pamięć, nie zapomnieliśmy dawnych rozwiązań, choć trzeba było sobie przypomnieć, gdzie kupić papier. Myślimy też cały czas o przyszłości. Są przecież możliwości, by robić ręczną animację całkowicie bez papieru. Ale cieszę się, że w tym przypadku go użyliśmy…

Wśród członków ekipy na nowo ożył tak charakterystyczny dla Disneya duch pracy zespołowej. Każdy członek ekipy miał prawo podzielić się swymi koncepcji twórczymi, często kluczowe decyzje były poprzedzane długimi dyskusjami. Randy Haycock twierdził, że powróciły zapał i pasja, a stało się to z wraz przyjściem Lassetera na stanowisko szefa. Bo już nie trzeba było się obawiać, że entuzjazm dla „starej" techniki spowoduje gniewne czy niechętne reakcje. A tak się przecież zdarzało. Musker nieustannie podkreślał, że mamy tu do czynienia – po raz pierwszy w historii tego typu disnejowskich produkcji – nie z baśnią w ogóle, ale z amerykańską baśnią, rozegraną w konkretnym czasie i konkretnym miejscu.

Magiczne miasto
Filmowcy nie bez racji wybrali Nowy Orlean, miasto-tygiel, gdzie od samego początku krzyżowały się elementy kultury europejskiej i kreolskiej, gdzie powstał jazz i gdzie żywe były zarówno tradycje katolickie, jak i magii czy kultu voodoo. Ian Gooding, scenograf, podkreślał: – To jest miejsce niepowtarzalne, szokująco inne od innych miejsc w Ameryce. Oczywiście San Francisco czy Nowy Jork mają bardzo silny charakter, lecz po wylądowaniu w Nowym Orleanie ma się przemożne wrażenie, że znaleźliście się po prostu w innym kraju. Zdecydowano, że film będzie rozgrywał się w trzech różnych rejonach. Pierwszy to The Garden District, przedmieście powstałe w czasach, gdy powstawały pierwsze wielkie fortuny. Znajdują się tu pałacowe rezydencje ówczesnych królów bawełny czy cukru, przypominające swym przepychem arystokratyczne zamki. Trzeba było wygrać zarówno klimat pewnej nostalgii, jak i kontrast zamożności oraz dzikiego otocznia bagnistych terenów, ukazanych w sposób swoiście naturalistyczny. Gooding zadbał, by przedstawiono ten rejon w sposób niemal karykaturalny, kładąc nacisk na ozdobne detale budowli, ich wyeksponowane bogactwo i przeładowanie detalami. Bardzo się jednak pilnowano, by nie popaść w płaską przesadę. Zachowane zostały proporcje swoistego pastiszu i zarazem majestatyczności. Drugi rejon to słynna Francuska Dzielnica, fragment starego miasta do dziś stanowiący wielką atrakcję turystyczną. Wyeksponowano zwłaszcza wszechobecną roślinność tworzącą tam zachwycającą jedność z architekturą. A architektura ta odznacza się charakterystycznym użyciem jaskrawej cegły, żywymi barwami elewacji oraz specjalnymi okiennicami stanowiącymi ochronę przed tropikalnymi sztormami. Nocą niezwykły klimat nadaje ulicom światło gazowe. Odczuwa się tu obecność magii, także mrocznej magii oraz grzechu czającego się w cieniu cnoty. Podkreślono zatem obecność elementów religijnych, malowideł i kościołów, jak i niepokojących źródeł światła, uwypuklono kontrasty jasności i mroku. Wreszcie ostatnim rejonem były słynne bagniste rozlewiska rejonu delty Mississippi, pełne świetlików i aligatorów.

James Aaron Finch, jeden z artystów czuwających nad przygotowaniem scenerii, wyjaśniał: – Wychowałem się na Florydzie i doskonale rozumiem południowy klimat, jaki tworzą rozlewiska, pełne niezwykłej roślinności. Takie miejsca mają duszny, romantyczny a zarazem pełen swoistej grozy charakter. Filmowcy przyznawali, że wielkim wyzwaniem było harmonijne połączenie tych trzech światów, nadanie im plastycznej spójności przy jednoczesnym zachowaniu różnorodności. Miało to głębszy podtekst – Nowy Orlean to miasto bardzo amerykańskie, w tym sensie, że stanowi tygiel różnorodnych kultur, które pomimo zdecydowanych różnic tworzą jedną całość. Ważne było, by można w pełni oddać to na ekranie.

Czego nas uczą mistrzowie
Natchnienie twórcy filmu czerpali z takich klasycznych filmów, jak „Bambi" (1942) oraz „Zakochany kundel" (1955). Jeśli chodzi o ten pierwszy film, pilnie studiowano sposób ukazania natury; drugi służył głównie jako inspiracja w ukazywaniu architektury. – Oczywiście bezkrytyczne kopiowanie i zderzanie tych wizji plastycznych przyniosłoby porażkę – komentował Gooding. – Chodziło nam raczej o zastosowanie pewnej twórczej filozofii. W „Bambim" na przykład wyeksponowano i dokładniej przedstawiono tylko te elementy lasu, które uznano za ważne. W ten sposób uzyskano silne wrażenie przebywania w lesie, bez malowania lasu ze wszystkimi szczegółami. Drugi film inspirował twórców w tym sensie, że w sposób syntetyczny ukazano tam miejską architekturę, zbliżając się do świadomego uproszczenia na granicy karykatury, jednak nigdy jej nie przekraczając.
Jeśli chodzi o kolor i oświetlenie scen, starano się ze wszystkich sił zachować równowagę pomiędzy tradycją wyrafinowanej disnejowskiej prostoty, a wprowadzaniem efektów związanych z odcieniami poszczególnych kolorów i rozproszeniem światła. Tu także wzorowano się na wspomnianych mistrzowskich filmach. Rezygnacja z przesadnego wyrafinowania obrazu była zasadą naczelną. Należało skoncentrować się na tym, co najważniejsze dla postaci i dla danej sceny. Jednak w porównaniu z dawnymi produkcjami pozwolono sobie na tworzące klimat tajemnicy mniej wyraźne barwy oraz rozmyte nieco cienie. Kolor miał zachować równowagę pomiędzy emocjonalną tonacją opowieści a realizmem. Studiowano dokładnie obrazy roślinności i architektury w Internecie, po czym na przykład sceny pełne smutku rozgrywano w tonacji monochromatycznej, nasyconej szarościami. Radą służył Lasseter, który konsultował pierwsze projekty tła i oświetlenia; część z nich zakwestionował, właśnie dlatego, że były zbyt naturalne, zbyt zbliżone do swych pierwowzorów. Sporą trudnością jest zawsze w tego typu opowieściach kwestia skali. Bo jeśli mamy bohaterów różnych rozmiarów, bardzo łatwo zachwiać proporcje i osunąć się w śmieszność i przesadę. Oczywiście istnieje tu pewna dowolność, ale trzeba rozsądnie pilnować jej granic, bo inaczej widz odbierze ją jako fałsz.

Niezawodny Randy
Skomponowanie muzyki i stworzenie piosenek powierzono Randy′emu Newmanowi, stałemu współpracownikowi wytwórni Disneya i Pixara. Newman to niezwykle ceniony twórca piosenek i pianista. Urodził się w 1943 roku, w 1961 roku wydał pierwszą małą płytę. Do jego najsłynniejszych dokonań należy satyryczna ballada „Short People". Nagrał jedenaście przyjętych z wielkim uznaniem autorskich płyt, skomponował i zaaranżował setki utworów z myślą o innych wykonawcach (m. in. Simon and Garfunkel, Three Dog Night, Harry Nilsson). Od lat 80. z wielkimi sukcesami zajmuje się muzyką filmową, działa też z powodzeniem w teatrze muzycznym. Zdobył Oscara za najlepszą muzykę do piosenki „If I Didn′t Have You" z filmu „Potwory i spółka" (2002).
Newman wydawał się kandydatem wręcz idealnym, ponieważ z wyjątkowo wielką erudycją i swobodą porusza się po amerykańskiej tradycji muzycznej, a w dodatku w dzieciństwie sporo czasu spędził w Nowym Orleanie. Wspominał, że muzyczny klimat tego miasta na zawsze wrył mu się w pamięć. Na potrzeby filmu Newman stworzył piosenkę dla Tiany – „Almost There", gdzie dziewczyna opowiada o swych emocjach i ambicjach. Zaśpiewała ją Anika. Natomiast „walczykiem w stylu cajun" nazwał Newman utwór „Evangeline", który jest lirycznym wyznaniem miłosnym zakochanego świetlika Raya.

http://www.forumfilm.pl/kiz/index.htm