Dziecko dla odważnych. Szkoła przetrwania. Recenzja

Na półkach z książkami i blogach dla rodziców powiało świeżością. Bo oto z pisarskiego ukrycia wychodzą ojcowie. Wśród setek, tysięcy blogów pisanych przez mamy, ukazujących macierzyństwo z różnej perspektywy od cukierkowej różowości, poprzez inspirację do kreatywnych działań, na cieniach macierzyństwa skończywszy, pojawiają się nieliczne, ale coraz odważniej pisane, blogi ojców. Podobnie sprawy się mają z literaturą. Półki w księgarniach uginają się pod ciężarem macierzyńskich doświadczeń i przemyśleń, a ojcowie chyba dopiero zdobywają się na aktywność twórczą.

To bardzo cieszy, bo wnosi nowe spojrzenie na rodzicielstwo, chyba – z większym niż u kobiet – dystansem, poczuciem humoru i analitycznym podejściem do tematu. Tego wszystkiego nie brakuje w publikacji Dziecko dla odważnych. Szkoła przetrwania. Prowokacyjny tytuł zdradza już co nieco o przymrużeniu oka, z jakim Autor zerka na temat rodzicielstwa w szerokim tego słowa znaczeniu.

Poradnikowe wyobrażenia a rzeczywistość

Powstały już całe książkowe tomy opisujące przygotowania do roli rodzica. Radosnemu oczekiwaniu na nowego członka rodziny towarzyszy czytanie poradników, zerkanie z zazdrością na rodziców słodkich bobasów oraz próby przebierania i przewijania maluszka przeprowadzane na … pluszowym misiu. Zderzenie teorii z praktyką jest pewnego rodzaju szokiem dla – wydawałoby się – przygotowanych na każdą ewentualność młodych rodziców. Jakoś tak bywa, że to akurat nasze dziecko okazuje się wyjątkową indywidualnością, która w żaden sposób nie daje się “wpasować” w książkowe porady i schematy. Poradniki wracają więc na półkę, a my zaczynamy wypracowywać (czasem dość rozpaczliwie) własne metody uszczęśliwiania naszego maluszka i zapewnienia mu jak najlepszych warunków rozwoju. Jesteśmy jednak ludźmi, a rzeczą ludzką jest się mylić. Uczymy się zatem na błędach. Uczymy się także naszego dziecka, jego języka i jego (jakże często bardzo logicznego) sposobu postrzegania nas i świata. W tych wszystkich poszukiwaniach staramy się nie zatracić siebie i szukamy jakiegoś marginesu – chwili tylko dla siebie, spokojnego snu, odrobiny ciszy. Ta codzienność, jaką zna wielu rodziców, została opisana przez Leszka K. Talko w lekki i zabawny sposób. Autor nie ucieka od samokrytyki i śmiechu z własnych potknięć, co – wbrew pozorom – nie jest zbyt powszechne w opisach rodzicielskich doświadczeń.

I tata ma prawo do emocji

Nie będę tu streszczać problemów, radości i rodzicielskich zawirowań Autora i Jego Żony, bo daleko mi do elastycznego i żartobliwego stylu, w jakim książka jest pisana. Sama lektura (dwukrotna, bo po mnie publikację przejął mąż, czytając mi ze śmiechem obszerne fragmenty) nie wniosła w moje życie przełomu w spojrzeniu na bycie rodzicem. Odnoszę jednak wrażenie, że wcale nie innowacje czy rewolucje były celem Autora. Wręcz przeciwnie. Główne zadanie tej książki to chyba – poza rozbawieniem czytelnika – pokazanie solidarności ze wszystkimi młodymi rodzicami. Nazwanie głośno pewnych obaw, czy emocji bliskich pewnie wielu ojcom, ale też takich, do których przez lata “nie wypadało” się przyznawać, bo “głowa domu” czy “ojciec rodziny” odczuwać strachu tacierzyńskiego nie powinien. A przecież strach przed zmianami, przed nieznanym, przed ogromnym poczuciem odpowiedzialności oraz rodzicielska bezradność wobec różnych sytuacji ma prawo towarzyszyć wszystkim – i kobietom i mężczyznom. To dobrze, że takie książki nam o tym przypominają. To ich największa wartość.

Książka terapeutką?

Jeśli więc po całym dniu (radosnej!) walki z dokazującym niemowlęciem czy dwojgiem kilkulatków kładziecie się spać z głowa pełną Waszych rodzicielskich niedociągnięć, sięgnijcie po tę książkę do poduszki, a przekonacie się, że idealni rodzice występują tylko w reklamie (podobnie jak idealne dzieci), że nie należy poddawać się presji grona matek doskonałych zwanych “mamafią”, że to nic dziwnego, że ojciec rodziny zamiast marzyć o długonogiej blondynce, która stanie w jego drzwiach marzy o… wizycie babci, która choć na chwilę przejmie opiekę nad dziećmi, że potępiany  wszem i wobec telewizor czasem ratuje zdrowie psychiczne rodzica, a cukierki są niezastąpionym narzędziem rodzinnych negocjacji. Dowiecie się także, że dystans do siebie jako rodzica pomaga przetrwać trudne chwile i że nie jesteście w Waszych rodzicielskich dylematach osamotnieni.
A ta świadomość pomoże i mamie i tacie spokojnie zasnąć, by nabrać sił na kolejny dzień bycia rodzicem.

Anna Perlińska-Supeł

Leszek Talko
Dziecko dla odważnych. Szkoła przetrwania
Liczba stron: 400
Wydawnictwo ZNAK

Autor tekstu : Anna Perlińska-Supeł