Depresja poporodowa

Matka z noworodkiem

Oto jesteś. Nie chcieli mi cię pokazać na sali operacyjnej. Wreszcie położna się zlitowała i mignęła mi przed oczami twoim sinym, piszczącym ciałkiem. Tyle się naczytałam o roli pierwszego kontaktu matki i dziecka! Tyle naoglądałam się filmów, gdzie przejęte mamy płakały ze szczęścia tuląc swoje nowonarodzone dzieci. Ja widziałam zarys twojego ciała przez sekundę. Może dlatego czuję to co czuję? A właściwie nie czuję tego co powinnam – szczęścia i wszechogarniającej miłości.

Ulga. Po 19tu godzinach męczarni nikt już na mnie nie wrzeszczy, nikt nie każe mi przeć, nikt nie kładzie się na brzuchu i nic nie boli. Chcę spać. Wiozą mnie na salę poporodową, widzę zapłakane oczy M. (kochane oczy, były ze mną cały czas), mówi, że jesteś śliczny i zdrowy. Wszyscy biegną z gratulacjami – w końcu taki ciężki poród to sensacja. Obstawiły go brzuszkami dziewczyny z mojej sali i nie może się – biedny M. – ruszyć.

Chciałabym już spać.
M. pyta mnie o imię, mam świadomość, że przemyca swój pomysł, ale jest mi wszystko jedno. Niech on wreszcie pójdzie do domu i da mi się wyspać.

To chyba noc. Chyba mam krwotok. Biegają, podnoszą mnie i kładą. Obkładają lodem. Znowu podnoszą. O – zawołały lekarzy. Może ja umieram? Właściwie jest mi wszystko jedno. Szkoda tylko, że nie zobaczyłam Twojej twarzyczki przed śmiercią. Kiedy w końcu pozwolą mi spać?

Nie wiem czy to sen czy jawa.
Tak bardzo czekałam na ten dzień! Termin już dawno minął, byłeś duży i silny, a z mojej wątroby zrobiłeś sobie worek treningowy. Wkrótce odmówiła posłuszeństwa. Puchłam, wymiotowałam, miałam duszności i okropne plamy na twarzy. Uroki końcówki naszej wspólnej drogi w jednym ciele.
Dziesięciodniowe szpitalne wysłuchiwanie jęków rodzących kobiet (doskonały pomysł – połączenie sali oczekujących z salą rodzących) nie polepszało mojego nastroju. Tak, byłam psychicznie gotowa na ten WIELKI DZIEŃ.
Fizycznie chyba nie do końca i – jak się po kilkunastu godzinach porodu okazało – Ty też gotowy nie byłeś. Ale lekarze wiedzą lepiej niż my, a termin minął, rodzić trzeba! Wywoływanie porodu drogami naturalnymi było na równi “przyjemne”, co sam poród. Po co zwracać uwagę na fakt, że szyjka macicy jeszcze nie skrócona, że twoje serduszko bije mocno, a wody płodowe nie budzą zastrzeżeń? Łóżko szpitalne zajmowaliśmy już na tyle długo, że czas na finał. Wyjątkowo bolesne i pomysłowe tortury naturalne, którymi próbowali cię zmusić do narodzin nie przyniosły rezultatu. W końcu oboje zasłużyliśmy na wywołanie farmakologiczne. Po trzech dniach od podania leków nadszedł WIELKI DZIEŃ.

Skurcze nad ranem wywołały moją radość. Wszystko szło chwilami lepiej, chwilami gorzej, było ciężko, ale wiedziałam, że wytrzymam – dla ciebie, dla kochających oczu M. wpatrzonych we mnie z taką troską.

Minęło 11 godzin. Już nie byłam ani radosna, ani spokojna. Czułam, że dzieje się coś złego. Wiedziałam, że to za długo, wiedziałam, że moja wytrzymałość na ból jest na skraju wyczerpania. Krzyczałam na ciebie, krzyczałam na nich “zabierzcie to ze mnie”. Pamiętam to tak dobrze, mimo, że już wtedy traciłam przytomność.

Wreszcie upragnione 10 cm i… teraz one na mnie krzyczały, że nie potrafię przeć, że się nad sobą rozczulam, że mam się wziąć w garść. M. parł ze mną i już wiedziałam – robię to dobrze, to u ciebie coś jest nie tak. To ty nie radzisz sobie z wyjściem na świat. One wymyśliły, że nam “pomogą” kładąc się na moim brzuchu, bo przecież widziały główkę. Rozrywałeś mnie w środku. Już nic się nie liczyło. Chciałam umrzeć.

Żyję. To wszystko za mną. Przynieśli mi ciebie. Nie mogę ruszyć głową, żeby cię zobaczyć, czuje tylko, że próbują cię karmić z mojej piersi. Są niezadowolone, że źle cię trzymam. Jakbym wiedziała co i jak robię. Znów nie widziałam twojej twarzy.

Przyjeżdża M. i szczebiocze do ciebie szczęśliwy. Podnosi tak, żebym zobaczyła twoją buzię. Jest spuchnięta i … chyba brzydka. Czy ja nie powinnam się teraz zachwycać? Czy nie powinnam czegoś poczuć?

Walczymy z karmieniem, nie mogę się ruszać, jestem jak kłoda. Podejrzewają, że mam dziurę w pęcherzu, ponad tydzień leżę z cewnikiem. Nie chcę odwiedzin, nie chcę widzieć nikogo prócz M. To on po tygodniu zawozi mnie do łazienki i podmywa, potem robi to jeszcze wielokrotnie (czuję się taka upokorzona i brzydka!). To on uczy mnie od nowa stawiać kroki, karmi łyżeczką i sadza mnie do karmienia dziecka. I cały czas zachwyca się tobą.

Jesteśmy już razem ponad tydzień, a ja nadal na twój widok nie czuję tego, co powinnam. Przeżyliśmy już kilka wspólnych, przepłakanych przez ciebie nocy, mój nawał pokarmu, twoją kurację antybiotykową. I wciąż nic. Mam wrażenie, że ja Tobie też jestem obojętna. Że tylko na M. reagujesz pozytywnie. Jutro jedziemy do domu.

Odwiedziny, zachwyty, codzienne noworodkowe rytuały, nieprzespane noce… Stałeś się centrum świata rodziny. Jesteśmy na każde Twoje zawołanie. Nie radzę sobie z Tobą, drżę na dźwięk Twojego płaczu. Panicznie boję się dnia, kiedy M. wróci do pracy, a my zostaniemy sami. A jeśli zachorujesz, a jeśli Cię upuszczę? Przecież wciąż nie jestem dla ciebie prawdziwą mamą.

Czy kiedyś zacznę się po prostu cieszyć się z tego, że jesteś?
A.P. 

………………………………………………

Dlaczego ciągle chce mi się płakać?
Huśtawka emocjonalna po porodzie jest zjawiskiem zupełnie normalnym. Fatalny nastrój pojawia się zazwyczaj w trzecim lub czwartym dniu po porodzie. Jeśli zbiera Ci się na płacz bez konkretnej przyczyny, wiedz, że to najprawdopodobniej wynik działania hormonów. Jeżeli po kilku dniach Twoje samopoczucie nie ulegnie poprawie, to możliwe, że cierpisz na depresję poporodową. Nadmiernej skłonności do płaczu towarzyszy wówczas niska samoocena, poczucie winy związane z niewłaściwym (według mamy) wypełnianiem macierzyńskich obowiązków oraz  poczucie beznadziejności, a najprostsze czynności wydają się wysiłkiem ponad miarę. Do pewnego stopnia odczucia te są typowe dla wszystkich świeżo upieczonych mam, dlatego czasami łagodna depresja poporodowa może umknąć uwadze rodziny, a nawet lekarza.

Czy to moja wina, że czuję sie taka zmęczona i przygnębiona?
Większości przyszłych mam narodziny dziecka kojarzą się z bezgranicznym szczęściem. Kiedy po porodzie nie pojawia się spodziewana radość, zaczynają myśleć, że coś jest z nimi “nie tak”. Mogą popadać w skrajne emocje, zwłaszca jeśli źle przechodziły ciążę, a poród był ciężki. Nowa rzeczywistość nierozerwalnie wiąże się przecież z nieprzespanymi nocami, obolałymi piersiami, brakiem ochoty na seks i trudną nauką zaspokajania potrzeb nowego członka rodziny. To zupełnie normalne, że mama wątpi w swoje możliwości. Staraj się nie winić siebie za złe samopoczucie. Nie od razu staniesz się mamą doskonałą.

Jak długo może trwać depresja poporodowa?
Nieleczona depresja trwa nawet całe lata. Przy odpowiedniej kuracji i wsparciu partnera/rodziny powinna ustąpić po kilku tygodniach.

Czy można jakoś depresji poporodowej zapobiec?
Raczej nie. Ryzyko wystąpienia baby blues (depresji poporodowej) jest znacznie wyższe u kobiet, które nie były przygotowane do porodu, u których ciąża lub poród przebiegały wyjątkowo ciężko lub które czują się odizolowane od reszty społeczeństwa. Dotąd nie ustalono jednoznacznych przyczyn choroby, dlatego nie można mówić o jej zapobieganiu.

Czy depresja szkodzi relacjom matki z dzieckiem?
Może zaszkodzić. Poczucie przygnębienia może osłabić u matki chęć do walki z trudnościami i negatywnie odbić się na kontaktach z innymi osobami, także z dzieckiem. Depresja poporodowa może nawet doprowadzić do nadużywania siły wobec dziecka, dlatego jeśli obserwujesz u siebie jej oznaki, bez chwili wahania zacznij szukać fachowej pomocy! Skontaktuj się z lekarzem i szczerze opowiedz mu o swoich emocjach.

Czy mama będzie przyjmować lekarstwa?
Możliwe. U większości matek poprawa następuje w wyniku wsparcia udzielonego im przez lekarza, ewentualnie dzięki fachowym poradom psychologa. Niektóre kobiety muszą jednak przyjmować leki antydepresyjne.

Czy branie leków nie będzie miało wpływu na możliwość karmienia piersią?
Należy uprzedzić lekarza, że karmimy piersią. To pomoże w dobraniu odpowiedniego leku.

Czy depresja grozi mi także przy następnym dziecku?
Niekoniecznie, chociaż im poważniejsza jest depresja po jednym porodzie, tym większe jest prawdopodobieństwo, że pojawi się po kolejnych.
Z drugiej strony uświadomienie sobie tego faktu może oznaczać, że przy następnych ciążach mama będzie mogła liczyć na większe wsparcie, co z kolei zmniejsza ryzyko baby blues.

*Informacje na podstawie książki “Dziecko od niemowlaka do przedszkolaka” Wydawnictwa Pascal.