Bangsi. Recenzja

Recenzje literackie rzadko rozpoczynają się od analizy wrażeń wizualnych, jednak w przypadku “Bangsiego” to właśnie niezwykła koncepcja graficzna hipnotyzuje od pierwszego wejrzenia, sprawia, że trzeba rozpocząć przygodę z książką – dotknąć, wziąć ją do ręki, a potem mimowolnie, wciąż na nowo wertować kartki. Serce i rozum czytelnika złapanego w pułapkę wzrokowego zachwytu, aż się rwą, by zaufać oczom i… nie można się już z Bangsim rozstać, choć nie wiadomo jeszcze czego dotyczy jego historia.

Śnieżna biel na dziecięcej półce z książkami to rzadkość, może dlatego “Bangsi”, na zasadzie bezwarunkowego odruchu, po prostu przyciąga poszukiwaczy czytelniczych perełek. Okładka jest bielusieńka niczym islandzki śnieg. Litery tytułu wycięto w niej w taki sposób, że wypełnia je prześwitująca spod spodu szarość pierwszej strony książki. Szara strona usiana jest białymi kropkami, niby zwyczajnymi, a jednak zupełnie niezwykłymi – nie można oderwać od nich oczu, a w literach tytułu układają się tak, że zdecydowanie łatwiej słowo Bangsi odczytać. We wnętrzu książki nadal biel. Zaskakująca, mroźna, szara czcionka w zestawieniu z monochromatycznymi, inspirowanymi kulturą skandynawską ilustracjami Marcina Dopieralskiego, sprawiają, że daleka Północ staje się wręcz namacalna. Wyjątkowo spójna, pomysłowa, wyrafinowana kompozycja wizualna tekstu i obrazu to coś więcej niż tło dla opowiadanej przez autora historii, to kwintesencja niepowtarzalnego klimatu i magii, które odczuwamy obcując z Bangsim.

Bangsi to mały polarny miś, który uciekając przed okrutnymi ludźmi – myśliwymi rozpoczyna pierwszą samotną i nieplanowaną podróż w nieznane. Ku swemu zdumieniu schronienie i wsparcie znajduje wśród obcych ludzi, którzy okazują się dla odmiany dobrzy, przyjacielscy i troskliwi. Przygarnięty przez społeczność niewielkiej wysepki Grimsey niedźwiadek poznaje osobliwych mieszkańców, lokalne zwyczaje, legendy i obecne nawet na tak przesympatycznym końcu świata kłopoty. Chcąc się odwdzięczyć za pomoc i serdeczne przyjęcie Bangsi postanawia uchronić wyspę przed widmem głodu i upadku; staje oko w oko z miejscowym postrachem – trollem. Nie zdradzając szczegółów: z pojedynku wychodzi na tarczy, a później, mimo ciepłych uczuć oraz rodzinnej atmosfery panującej na wyspie, postanawia wyruszyć na poszukiwanie utraconej mamy. Wyprawa kończy się grenlandzkim happy end’em podobnie jak cała tułaczka, która okazuje się dla malucha i podążających za nim czytelników przyspieszonym kursem wiedzy o sobie, świecie, Bogu, nałogach, wartościach, relacjach i wielu wielu innych życiowych kwestiach.

Jak przystało na autora, Huberta Klimko-Dobrzanieckiego – filologa islandzkiego, teologa i filozofa, opowieść jest na wskroś skandynawska; snuje się niespiesznie i magicznie, niepostrzeżenie spychając galopujące myśli na boczny tor. Bangsi zagarnia czytelnika w baśniowy niebyt; nie zmusza do podążania za zapętloną akcją, zatrważającym bohaterstwem postaci, czy do pochylania się nad banalnym morałem. Książka koi zmysły rodziców udręczonych tempem, zgiełkiem i barwną eksplozją współczesnych bajek. Minimalizm i prostota szaty graficznej oraz fabuły tworzą kompozycję surową niczym podbiegunowa zima, a mimo to opowieść otula nas przemiło i szczelnie, niczym najcieplejszy koc, sprawia, że chcemy jak najmocniej przytulić dzieci i razem delektować się chwilą zawieszenia w polarnej, baśniowej rzeczywistości. Czy w długie, jesienno-zimowe wieczory można chcieć od życia czegoś więcej..?

Bangsi
Hubert Klimko-Dobrzaniecki
ilustracje: Marcin Dopieralski
rok wydania: 2012
liczba stron: 64
wiek: 4+
Wydawnictwo Format