Bal w operze

Bal-w-operze

Musical zrobiony z rozmachem. Pomimo, że trwał bardzo długo (jak, wydawałoby się, że na możliwości przedszkolaków), bo 2,5 godziny z jedną przerwą, dzieci nie wyglądały na zmęczone czy znudzone. Może dlatego, że nawet, jeśli wcześniej nie były obyte z operą, to w takim wydaniu spektakl Opery Śląskiej niewątpliwie trafiał do małych widzów. Przypominał rewię. Występowały w nim znane postacie z bajek – między innymi Czerwony Kapturek z Wilkiem, Jaś i Małgosia, Dziewczynka z zapałkami, Śnieżka, Kopciuszek, Smok, który wjechał na motorze na scenę… Ten bajkowy świat przeplatał się na scenie z postaciami realnymi, na przykład w Gryzeldzie łącząc obydwie płaszczyzny (zarówno jej funkcję zawodową – pracę jako sekretarka Dyrektora oraz baśniową – bycie wróżką…). Były też upiory (na szczęście tylko w śnie Dyrektora), wiedźmy, czarownice. Jak to w baśniach.

   A wszystko zaczęło się od tego, że Krasnoludki – Ufoludki przybyły, by nauczyć pokory pewnego Dyrektora teatru – nie chciał wystawiać sztuk dla dzieci, nie wierzył też w czerwono odziane postacie małego wzrostu, ufając jedynie  „mędrca szkiełku i oku”(powtarzał, że to, czego nie widzi – nie istnieje). A tymczasem różne dziwne, zaskakujące, może też mrożące niektórym, co wrażliwszym, krew w żyłach rzeczy w teatrze się działy…  Kiedy już udało się i Dyrektora, i jego zespół przekonać, że spektakl dla dzieci to wyzwanie a nie porażka – rozpoczęły się przygotowania do Zaczarowanego Balu, a na końcu … wesela! Można się domyślić, że chodzi o zamążpójście Śnieżki i Kopciuszka. Ale kto będzie trzeci?(bo w bajkach „wszystko jest do trzech”) Tu, na scenie wszystko zdarzyć się może, zatem nie dziwi, że na ślubnym kobiercu stanął … Dyrektor z Gryzeldą. W uroczystościach weselnych uczestniczyła publiczność, nawet Krasnoludki, rozchodząc się między rzędami,  serwowały słodki poczęstunek w postaci cukierków i kolorowe balony!
   Na scenie dużo było ruchu, kolorowych baśniowych kostiumów, dodatkowych efektów, a przede wszystkim profesjonalnego śpiewu i muzyki granej przez „żywą orkiestrę”. Bo skoro wystąpili na scenie i soliści, i chórzyści, i tancerze, a wtórowała im orkiestra – ogromna grupa z zespołu Opery w Bytomiu  – to można sobie wyobrazić te wpadające do ucha dźwięki, a do oka obrazy… Żałowałam bardzo jedynie, że zbyt często (a właściwie, że w ogóle) do uszu dzieci wpadały też określenia wypowiadane przez zdenerwowanego psikusami Krasnoludków Dyrektora, typu: „ stara wariatko”, „zamknij dziób pierzasta idiotko”, „wredna baba”. Czyż inaczej nie można wyrazić frustracji, czyż musi być aż tak realistycznie i dosadnie, zwłaszcza podczas sztuki dla najmłodszych dzieci? Piosenek, chociaż  pierwszy raz,  słuchało się jak dobrze znanych szlagierów. Brzmiały lekko, choć śpiewane były przecież poważnymi operowymi głosami. Był też wpleciony szlagier prawdziwy – „Woda z kranu kapu kap, lewe oczko klapu klap…”Nic dziwnego, że znalazł on swoje miejsce w spektaklu. Jego autorami są przecież twórcy „Zaczarowanego balu”  – Katarzyna Gaertner i Tadeusz Kijonka. 
   Krasnoludki musiały opuścić wesele, by dotrzeć do wszystkich teatrów, w których jeszcze dyrektorzy nie są przekonani, że warto wystawiać sztuki dla dzieci. Widowisko musiało się skończyć…
   I ja tam byłam, chociaż miodu i wina nie piłam, to całkiem dobrze się bawiłam, pięknego śpiewu słuchałam i wam z chęcią o tym opowiedziałam…
Anna Lubowicka
 

Autor tekstu : Anna Lubowicka



ZOBACZ TAKŻE:teatr