Uciekająca wanna

Bajki dla dzieci na dobranoc

Pan i pani postanowili wyrzucić starą, wielką wannę, a na jej miejsce wstawić kabinę z prysznicem. I tak zrobili. Pewnego dnia wanna znalazła się na chodniku przed domem, skąd, jak usłyszała, mieli zabrać ją złomiarze. Choć było jej przykro i smutno, że tak ją potraktowano, to cieszyła się, że znowu będzie komuś potrzebna – myślała, że złomiarze to nowi właściciele, którzy zabiorą ją do swojego domu. Tymczasem rozglądała się ciekawie wokoło; przecież przez ponad dwadzieścia lat nie wychyliła nosa poza próg łazienki. Nawet nie przeszkadzał jej biały pudel, który doskakiwał do niej, ujadając piskliwie, bo bądź, co bądź to też był ciekawy widok.
Do wanny podeszło dwóch, niezbyt porządnie ubranych, mężczyzn. Jeden z nich pchał stary, spacerowy wózek dziecięcy.
– A nie mówiłem? – Zwrócił się do kolegi, przenosząc wzrok z wanny na wózek – Mówiłem, że się nie zmieści – dodał ze złością.
– No… myślałem, że jest mniejsza – odpowiedział speszony, drapiąc się po głowie z zafrasowaniem. – Nie denerwuj się, coś się wymyśli… – Nagle uśmiechnął się z zadowoleniem. – Już wiem… Wymontujemy jej nogi i dopchamy do samego skupu.
Wanna, jak to usłyszała, bardzo się zdenerwowała, ale to bardzo. Jak to, chcą pozbawić ją nóg? I jak ona będzie wyglądała? Nie, nie pozwoli na to! I pokaże im, że nogi ma nie od parady! Stanęła dęba, wierzgając przednimi nogami jak znarowiony koń, i ruszyła z kopyta. Przerażeni mężczyźni odskoczyli i rzucili się do ucieczki, Pudel podkulił ogon, zrobił nagły zwrot i ze skowytem popędził do swojej pani, żeby skoczyć jej na kolana. Lecz nie zdążył, bo pani na widok pędzącej wanny wskoczyła na ławkę, krzycząc przeraźliwie.
A wanna galopowała po chodniku prosto przed siebie, aż dudniło, a kto żyw czmychał w popłochu. Wpadła na skwerek, tratując i ryjąc świeżo skoszony trawnik, pognała przez ulicę – łubudu – łubudu – tuż przed, hamującymi z piskiem samochodami, i dalej… Wtem pojawiło się przed nią wysokie ogrodzenie z siaty, ale na hamowanie było już za późno. Nie pozostało jej nic innego, jak tylko skoczyć. Odbiła się od ziemi, wzbiła w górę ile sił, przeleciała nad siatą i całym swoim ciężarem klapnęła wprost na świeżo rozkopaną ziemię w czyimś ogrodzie.
Gdy nieco oprzytomniała, zdała sobie sprawę, że wryła się w ziemię prawie po samą krawędź. No… nieźle się wkopałam, stąd już chyba nie wylezę, pomyślała z przerażeniem, rozglądając się w poszukiwaniu jakiejś deski ratunku. Nagle zapomniała o swoim położeniu, gdy ujrzała przed sobą coś, czego nigdy wcześniej nie widziała; rabaty i klomby pełne kolorowych kwiatów, drzewa i krzewy obsypane owocami, kolorowe owady fruwające nad nią, i biegające w trawie, tuż przed nosem…
– Och…. ale tu pięknie – szepnęła z zachwytem, przyglądając się krzakom czerwonych róż, nad którymi fruwały motyle.

Z domu, stojącego w głębi ogrodu, wyszli gospodarz i gospodyni.
– Ciekawe, co tak huknęło… – odezwała się gospodyni, rozglądając się z niepokojem.
– E… to pewnie grzmot. Będzie burza – stwierdził gospodarz, spoglądając na bezchmurne niebo.
Nagle zza drzew wybiegła siedmioletnia dziewczynka.
– Mamo! Tato! Chodźcie, coś wam pokażę! – krzyknęła, przywołując ich ręką, i zawróciła.
Gdy rodzice dziewczynki zobaczyli wannę, nie mogli wyjść ze zdumienia. I nie mogli zrozumieć skąd i w jaki sposób się tu znalazła.
– No, ładnie, ktoś podrzucił nam kupę złomu. Tylko którędy, przecież furtka i brama są zamknięte na klucz – zastanawiała się mama dziewczynki, zadzierając głowę do góry.
– Myślisz, że spadła z nieba, czy jak? – zakpił z niej mąż. – Chyba, że…
– Sama wskoczyła… – odezwała się dziewczynka.
– chyba, że ktoś przerzucił ją przez siatę…- mówił dalej tata, ignorując słowa córki.. Po chwili się zreflektował. – Nie, niemożliwe, bo nawet kilka osób nie dałoby radę jej przerzucić.
– Sama przeskoczyła… – wtrąciła ponownie dziewczynka.
– Elu, dość tych głupich żartów – skarciła ją mama.
Tata obszedł wannę dookoła.
– Że też nie miała gdzie wskoczyć – odezwał się z ironią – tylko akurat w to miejsce, gdzie zacząłem kopać dół pod oczko wodne. Sam jej nie wyciągnę. Chyba, że ciągnikiem…
Ela przyglądała się wannie z zamyśleniem.
– Tato, nie musisz – odezwała się po chwili. – Zobacz, zatkamy ją korkiem, nalejemy wody i wpuścimy rybki. I oczko wodne gotowe.
– Rzeczywiście… dobry pomysł – odpowiedział po namyśle.
– A do środka wrzucimy roślinki wodne – dodała mama, ciesząc się, że problem rozwiązany. – Możemy też obłożyć ją kamieniami i obsadzić kwiatami.
– No… to bierzmy się do roboty! – krzyknął tata zadowolony, że dzięki wannie nie musi już kopać wielkiego dołu.
Wanna odsapnęła z ulgą i umościła się wygodniej, uradowana i szczęśliwa, że tutaj zostanie.
A potem, napełniona wodą, chichotała cichutko, przyglądając się baraszkującym, kolorowym rybkom.
I za nic w świecie nie chciałaby już wrócić do łazienki.

Tekst zgłoszony przez Bajdulkowo. Udostępniamy go za zgodą Autorki (Ewa Nawrot).