Roksana

Bajka dla dziewczynek do czytania Roksana

Dedykuję tę opowieść Bercie Kasprzak i Oli Ziębie
oraz Majce Jeżowskiej i Jackowi Cyganowi
w dowód wdzięczności za piękną piosenkę Laleczka z saskiej porcelany

 

Promienie słońca wpadały przez szeroko otwarte okno, oświetlając wnętrze. W powietrzu tańczyły drobinki kurzu.
Pokój był nieduży, ale jasny. Rozmieszczone na ścianie makatki dodawały mu przytulności i ciepła. Na podłodze leżał perski dywan. Obok łóżka stała toaletka z lustrem. Przed nim w strudze światła widniała figurka z porcelany. Dziewczęcą twarz okalały złociste loki a niebieskie oczy patrzyły marzycielsko. Laleczka ubrana była w długą różową suknię. Sznur korali zdobił szyję. Ręce wyciągała lekko przed siebie, a otwarte dłonie wysuwały się spomiędzy haftów.
Słoneczne światło wędrowało powoli. Z zewnątrz dobiegały głosy ptaków. Drzwi pokoju otworzyły się i stanęła w nich postać kobiety z przewieszoną przez ramię brązową torebką. Miała na sobie białą koszulę, jasnoniebieską dżinsową bluzę i granatowe spodnie. Jasne włosy, przycięte krótko nad czołem, układały się miękko na ramionach. Kobieta zdjęła buty, przeszła przez dywan i usiadła na brzegu łóżka. Rozpięła zatrzask torebki i wyciągnęła z wnętrza tekturowe pudełeczko. Za chwilę obok figurki dziewczyny stanęła postać młodzieńca. Usta jego rozciągnięte były w lekkim uśmiechu, a brązowe oczy patrzyły śmiało. Ubrany był wytwornie, w lewej ręce trzymał czarny kapelusz, a prawą dłoń wyciągał w stronę laleczki.
– Chyba ci się spodoba! – zaśmiała się kobieta, dotknąwszy lekko głowy laleczki. – Jesteście ładną parą. Jakbyście byli dla siebie stworzeni.
Ukośnie świecące słońce jeszcze przez jakiś czas oświetlało obie figurki, po czym ustąpiło miejsca łagodnemu blaskowi wiosennego wieczoru. Odświeżona gorącym prysznicem Anna przeszła do kuchni, zjadła wcześniej przygotowany obiad, po czym, podwinąwszy nogi pod siebie, usiadła w fotelu z książką w dłoniach. Odłożyła ją dopiero wtedy, gdy w narastającym mroku litery zaczęły zlewać się ze sobą. Wstała, zapaliła nocną lampkę i przyjrzała się parze stojących figurek. Westchnęła:
– Gdy się na was patrzy, można pomyśleć, że szczęście jest prostą sprawą.
A po chwili:
– Może przyśni mi się dzisiaj jakiś piękny sen?
Noc była już głęboka, gdy blade światło księżyca zajrzało do wnętrza. Wędrująca jasna smuga wpłynęła na toaletkę, oświetlając dwie postaci. Stały tuż obok siebie, stykając się dłońmi…
Roksana wyszła przed dom. Od strony drogi zbliżało się kilku jeźdźców. Na ich czele na kasztanowym rumaku jechał młody mężczyzna. Widać było, że to jakiś znamienity rycerz. Ubrany był w skórzaną kurtkę, obszytą srebrem i złotem, na głowie miał czarny kapelusz, a u pasa miecz z rękojeścią wysadzaną drogimi kamieniami. Zatrzymał się kilkanaście kroków przed domem, zeskoczył z konia, lewą ręką zdjął kapelusz, a prawą uniósł w geście pozdrowienia.
– Dzień dobry. Jedziemy długo bez odpoczynku. Chcemy trochę się zatrzymać, napoić i nakarmić konie. Nie obawiaj się, panienko, jesteśmy przyjaźni. A za gościnę zapłacimy.
Nieznajomy przerwał swą przemowę. Przyglądał się dziewczynie. Widział jej smukłą postać, błękitne oczy i jasne włosy wysypujące się spod białego czepka. Patrzyła przez chwilę na przybysza, potem rzekła:
– Przyjaciele są mile widziani, panie. Ale rodzice przyjdą dopiero na obiad.
W czymże mogę pomóc? Nasz dom nie za bogaty.
– Nie szkodzi – odparł, patrząc pannie w oczy. – Chcemy tylko odpocząć. Paszę dla koni mamy, naciągniemy wody ze studni. A jeśli znajdzie się dla nas poczęstunek, będziemy wdzięczni.
Na jej jasnym obliczu pojawił się rumieniec. Skłoniła głowę.
– W takim razie pozwolicie, panie, że pójdę przygotować obiad.
Dygnęła leciutko, odwróciła się i pobiegła do domu. Odprowadzał ją wzrokiem.
Było już popołudnie, gdy przed dom wtoczył się ciągnięty przez konia wóz
o drewnianych kołach z metalowymi obręczami. Siedziało w nim dwoje ludzi. Zjeżdżając z drogi, zauważyli konie i ludzi w obejściu.
– O Boże! – odezwała się kobieta
Mężczyzna ściągnął gniewnie brwi i zacisnął usta, nic nie mówiąc. Sięgnął do tyłu, wyciągnął długi nóż i zatknął go za pas.
Zanim wózek się zatrzymał, kobieta zeskoczyła na ziemię i pobiegła do domu. Mężczyzna ściągnął lejce, wyszedł z wozu i zdecydowanym krokiem podszedł do młodzieńca, który właśnie podnosił się z ziemi. Kątem oka patrzył na kilku innych.
– Czemuż to mam zaszczyt gościć obcych w moim gospodarstwie? – rzucił ostro.
– Spokojnie, gospodarzu – odparł nieznajomy. – Jesteśmy przejazdem. Nie musicie się niczego obawiać. Wasza córka pozwoliła nam tu odpocząć.
– Córka? – głos wzniósł się gniewnie, cała postać zesztywniała, a dłoń sięgnęła za pas. Kątem oka spostrzegł otwierające się drzwi domu, a w chwilę potem wychodzące dwie kobiety. Ręka zatrzymała się.
Nieznajomy uśmiechnął się, a jego głos zabrzmiał dźwięcznie:
– Zapewniam was, że jesteśmy przyjaciółmi. Powracamy z długiej podróży. Chociaż do zamku pozostało tylko kilkanaście mil, nie mogłem sobie odmówić zatrzymania się, gdy ujrzałem wasze piękne gospodarstwo. Wierzcie mi, tutaj w górach nigdy nie wiadomo, na kogo się człowiek natknie. Dlatego cieszę się, że trafiłem na uczciwych ludzi.
Twarz gospodarza złagodniała.
– Wybacz, panie, ale nie wiedziałem, z kim mam do czynienia. Jeśli przybywacie w przyjaźni, to proszę wypoczywać. Wracamy z żoną prosto z pola. Poczęstujemy was obiadem, choć jedzenie u nas proste.
– Nie potrzeba nam luksusów. Przywykliśmy do żołnierskiej strawy. A za gościnę odpłacę.
Siedzieli w izbie przy solidnym drewnianym stole. Roksana krzątała się w kuchni, od czasu do czasu zaglądała do izby, usługując rodzicom i gościowi. Gdy postawiła na stole dzban z winem, gospodarz nalał do kubków. Nieznajomy, podnosząc kubek, rzekł:
– Piję zdrowie gospodarzy i ich pięknej córki.
Słysząc to, Roksana zarumieniła się i westchnęła cichutko.
– Nie przedstawiłem się jeszcze. Pozwólcie, że teraz to uczynię. Jestem Tomasz, syn Jana z rodu Gabi.
Gospodarz skinął głową z szacunkiem. Słyszał o sukcesorze panującego obecnie księcia.
– Jesteśmy zaszczyceni, że możemy gościć w naszych progach tak znakomitą osobę. Wybaczcie, panie, że nie powitałem zbyt przyjaźnie.
– Nie ma o czym mówić – odparł młodzieniec. – Doskonale to rozumiem.
– Na imię mam Mateusz, moja żona ma na imię Teresa, a córka – Roksana.
– Roksana… – powtórzył w zamyśleniu gość.
– Ród nasza niebogaty, ale stary – kontynuował Mateusz.
– I zacny, jak sądzę – powiedział Tomasz.
– Staramy się żyć pracowicie i uczciwie. Nie jest to łatwe w dzisiejszych czasach, ale dzięki Bogu jakoś żyjemy. Chociaż zaznaliśmy też nieszczęść.
– Nasz syn nie żyje – ze smutkiem w oczach rzekła Teresa. – Wyruszył z towarami do miasta i już nie wrócił. Później dowiedzieliśmy się, że napadli na niego zbójcy.
Tomasz spuścił wzrok, a gdy podniósł głowę, powiedział poważnym tonem:
– Bardzo mi przykro z tego powodu. Mój ojciec wiele robi, by ukrócić zbójecki proceder. Ja też więcej walczyłem z rozbójnikami niż z zewnętrznym wrogiem.
Dłuższą chwilę milczeli. Ciszę przerwał Tomasz:
– Wybaczcie, proszę, jeśli nie spodoba się wam to, co teraz powiem. Jednakże mówię to uczciwie, w dobrych zamiarach i prosto z serca.
Mateusz z żoną spojrzeli na niego, czekając na dalsze słowa.
– Gdy zobaczyłem waszą córkę, od razu zachwyciłem się jej urodą. Rozmawiając teraz z wami, wiem, że z pewnością jest dobrą osobą. Serce każe mi zapytać: czy zgodzilibyście się oddać mi ją za żonę?
Roksana w kuchni zbladła, a serce jej zaczęło bić szybko.
Mateusz nie od razu odpowiedział.
– Panie, takie słowa z ust księcia to dla nas zaszczyt. Czy jednak jesteś pewien, że tego chcesz?
– Och, tak! – zdecydowanym głosem potwierdził Tomasz. A po chwili znacznie ciszej dodał: – Rodzice nauczyli mnie, że w ważnych sprawach trzeba kierować się sercem. Mówili, że bogactwo jest nietrwałe, miecz czasem zawodzi, a rozum nie zawsze podpowiada to, co dobre. Teraz serce dyktuje mi prośbę, która przedstawiłem.
– Widzę, panie, że masz bardzo mądrych rodziców. Więc i ja z serca powiem. Córka jest nam posłuszna i to nie z obowiązku, ale z własnej woli. Dlatego my również szanujemy jej wolę. I jesteśmy przekonani, że pomimo młodego wieku ona sama może podjąć decyzję.
– Rozumiem. Czy wolno mi będzie przyjechać jutro i zapytać?
– Dobrze. Oboje z żoną porozmawiamy dziś z córką. A jutro, gdy przybędziesz, uzyskasz odpowiedź. Lecz proszę zrozumieć, jeśli Roksana…
– Nie kończcie, proszę. Niezależnie od tego, co usłyszę jutro, pozostanie w moim sercu szacunek dla całej waszej rodziny.
A po chwili:
– Pora nam ruszać w drogę. Pozwólcie, że podziękuję za gościnę. – Wyjął sakiewkę.
– Nie trzeba – powiedział szybko Mateusz. – Przyjazny gość jest u nas zawsze mile widziany.
– Jesteście, panie, przyzwoitym człowiekiem – dodała Teresa. – Dziękujemy za życzliwość. A co do Roksany – będzie tak, jak Bóg postanowi.
W kuchni dziewczęce serce biło mocno. Gdy matka weszła, Roksana w nagłym odruchu przytuliła się do niej.
– Chodź, córeczko, pożegnamy się z gościem – szepnęła Teresa.
Tomasz uścisnął ręce Mateusza i jego żony, po czym zwrócił się ku pannie:
– Bóg przyprowadził mnie do waszego domu. Wierzę, że będzie prowadził dalej. Bądź zdrowa.
– Dziękuję za wszystko – wyszeptała.
Wszyscy troje wyszli przed dom, odprowadzając wzrokiem oddalających się jeźdźców.
Tego wieczoru po wypełnieniu codziennych obowiązków Roksana wymknęła się do ogrodu. W pomarańczowym świetle zachodzącego słońca usiadła pod jabłonią. W dziewczęcym sercu tętniły nieuświadomione dotąd tęsknoty. Wciąż miała przed sobą troskliwe twarze rodziców i słowa matki: „Córeczko, nie możemy ci powiedzieć, jaką masz podjąć decyzję. Każdy w życiu musi wstąpić na swoją drogę. Dla jednych jest ona szczęściem, dla innych cierpieniem. I nigdy nie wiadomo z góry, jak los się ułoży. Jakkolwiek postanowisz, będziemy cię wspierać tak, jak będzie to możliwe.”
Słoneczna tarcza zapadła za pofalowaną linię horyzontu. Od wysokich chmur rozsnutych na powoli blednącym błękicie nieba promieniowała różowa poświata, zabarwiając twarz dziewczyny. Roksana powstała, a oczy jej lśniły nowym blaskiem.
Wstał poranek. Po ciepłej nocy nie było rosy. Niebo urozmaicały perełki białych chmur. Od strony lasu dochodził szum wiatru w koronach drzew. Trawy falowały.
W obejściu od świtu trwała krzątanina. W gospodarskie czynności wmieszało się coś nowego. Wszyscy domownicy byli zajęci niemalże do południa, kiedy to w końcu usiedli przy stole ustawionym w cieniu wielkiego orzecha.
Nie czekali długo. Wkrótce samotny jeździec podjechał powoli, zsiadł z konia. Wyszli mu naprzeciw. Książę zdjął kapelusz i ukłonił się. Mateusz z żoną skłonili się z szacunkiem, a panna dygnęła, spuszczając nieśmiało głowę.
Książę podszedł bliżej i rzekł do Mateusza:
– Jak wczoraj, tak i dzisiaj przyjeżdżam do was w przyjaźni. A żywię nadzieję, że odjadę szczęśliwy.
Po tych słowach zwrócił się do Roksany:
– Miła panno, wczoraj poprosiłem twych rodziców, abym mógł cię pojąć za żonę. Czy zgodzisz się?
Zawiesił głos, patrząc na nią. W odświętnym stroju wyglądała prześlicznie. Złociste włosy, lekko falując, spływały spod białego czepka i miękko układały się na ramionach. Podniosła głowę, a książę ujrzał błękit oczu.
– Tak.
Przebył dzielące ich dwa kroki, przyklęknął na jedno kolano, chwycił dłoń panny i przycisnął do ust, potem szybko powstał.
– Pragnę, byś była szczęśliwa.
– Jeśli Bóg da – odpowiedziała cicho.
Książę zwrócił się do gospodarza:
– Jeśli pozwolicie, jeszcze dziś pojedziemy z Roksaną do zamku.
Mateusz uśmiechnął się:
– Córka bardzo dobrze jeździ konno. Nie będziecie mieli z nią problemu.
– Doprawdy, jeździsz konno? – Spojrzał na dziewczynę roziskrzonymi oczami. – To wspaniale. Będziemy razem odbywać wędrówki. Pokażę ci tyle pięknych miejsc. Ale dzisiaj pojedziemy inaczej. Przeproszę was na chwilę.
Podszedł do swojego rumaka, z przytroczonej do siodła torby wyjął pistolet z długą lufą i wystrzelił w powietrze, po czym powrócił, uśmiechając się zagadkowo i stanął obok Roksany. W chwilę potem zza drzew okalających drogę wyłonił się zaprzęg złożony z czwórki koni o lśniącej czarnej sierści, ciągnących jasnoniebieską karetę. Powożący zatrzymał zaprzęg, zdjął kapelusz i skłonił głowę.
– Wybaczcie – rzekł książę. – Nie wiedziałem, jaką otrzymam odpowiedź.
– Wspaniałe konie – szepnęła panna. – I ta kareta…
– Błękitna jak twoje oczy.
Zapadła chwila milczenia, którą przerwała Teresa.
– Pozwólcie, panie, że nim odjedziecie, zaprosimy na skromny poczęstunek.
– Oczywiście, bardzo chętnie. Joachim to mój najlepszy żołnierz i przyjaciel – książę wskazał stangreta. Można na nim polegać w każdej sytuacji. Chciałbym, aby usiadł razem z nami.
– Oczywiście. Jakżeby inaczej? – rzekł Mateusz. – Coraz bardziej was podziwiam, panie. Macie szacunek dla ludzi. Będziemy spokojni, że oddajemy Roksanę w dobre ręce.
Liście rzucały przyjemny cień na siedzących przy stole pod orzechem. Książę nieznacznie skinął na Joachima. Żołnierz wyjął zza pasa sakiewkę i podał Tomaszowi. Ów wyjął małe porcelanowe pudełeczko i wręczył je Roksanie.
– Przyjmij ten drobiazg na znak naszych zaręczyn.
Panna otworzyła pudełeczko i wyjęła mały pierścień z lśniącym w złotej oprawie brylantem. Wsunęła go na palec.
– Piękny – szepnęła.
– To tylko dodatek do twojej urody – rzekł książę.
Pożegnanie z rodzicami było krótkie, lecz serdeczne. Roksana na chwilę utonęła w ramionach ojca, który szepnął jej parę słów. Gdy się odrywała, oczy jej lśniły. Podchodząc do matki, płakała już na dobre. Teresa objęła czule córkę, płacząc wraz z nią. Gdy obie podeszły do Tomasza, łzy wciąż spływały po policzkach.
– Oto twoja narzeczona, książę. Dbaj o naszą córeczkę.
Pogodne dotychczas niebo zaczęło się zasnuwać chmurami, naciągającymi z północnego zachodu. Zza gór dobiegało głuche dudnienie. Zmiana pogody była tak raptowna, że w połowie drogi siedzący w karecie odczuli gwałtowne uderzenie wiatru, a w chwilę potem usłyszeli szum deszczu i bębnienie kropel. Raz po raz powietrzem wstrząsał łoskot gromu. Roksana siedziała cicho, ukrywszy dłonie w rękach księcia, który powtarzał uspokajająco:
– To tylko burza. Jeśli jest tak gwałtowna, szybko przeminie.
Uspokojona, patrzyła mu w oczy.
Zaprzęg posuwał się powoli. Kilkakrotnie musieli omijać leżące na drodze konary i zwalone drzewa. Gdy wjechali na dziedziniec zamku, nawałnica osiągnęła swoje maksimum. Tomasz otulił dziewczynę peleryną i pobiegł z nią w kierunku otwierających się drzwi.
W środku Roksana szybko odzyskiwała spokój. Książę i jego małżonka przyjęli ją nad wyraz życzliwie.
– Jesteś taka piękna! – zachwyciła się księżna. – Nie dziwię się Tomaszowi.
– Mam nadzieję, że dobrze się poczujesz w naszej rodzinie – dodał książę. – Ale pamiętaj, że to może nie być takie proste. Będziesz miała dużo obowiązków. Mamy nadzieję, że będziesz wsparciem dla naszego syna.
– Postaram się – odparła nieśmiało.
Zaślubiny miały się odbyć następnego dnia. Roksana została ulokowana na noc w niewielkiej komnacie. Niemal całą jej podłogę pokrywał puszysty dywan, a obok łóżka stała toaletka z lustrem. Zmęczona wrażeniami dnia szykowała się do snu. Wzięła leżący przed lustrem grzebień i rozczesywała włosy. Drgnęła, usłyszawszy pukanie do drzwi. W chwilę potem wszedł Tomasz. Patrzył na nią zakłopotany.
– Roksano, w górach są ludzie oczekujący pomocy. Wyruszam z wyprawą. Może nas nie być kilkanaście godzin. Nie martw się, gdy mnie jutro nie zobaczysz.
Zamarła, stojąc ze wzburzonymi włosami. Trwało to krótko, bo wnet podeszła do niego szybkim krokiem.
– Och, książę, pozwól mi iść z tobą!
– Nie możesz – odparł. – Będzie ciężko i być może niebezpiecznie.
– Ależ, proszę! – zakrzyknęła, a oczy jej błyszczały. – Wybrałeś mnie, panie, żebym ci towarzyszyła w życiu. A twój ojciec powiedział, że powinnam cię wspierać. Jestem silna i trudów się nie boję. Weź mnie z sobą, proszę – dodała już cicho.
Zastanawiał się przez chwilę. Potem przygarnął pannę do siebie, zamykając
w uścisku. Szepnął:
– Dobrze, niech będzie. Ale obiecaj, że we wszystkim będziesz mi posłuszna. Tam naprawdę może być trudno.
Potakiwała z zapałem. W oczach lśniły łzy.
– Idę wydać rozkazy. Za chwilę przyślę ci potrzebne ubranie. Wyszykuj się jak najszybciej i czekaj na mnie.
Było już ciemno. Rozpogodziło się, w górze błyskały gwiazdy. Powietrze było rześkie. Na dziedzińcu zamkowym czekała już grupa mężczyzn z zapalonymi pochodniami. Roksana poznała wśród nich Joachima. Książę przywołał go, po czym krótko rzekł:
– Moja narzeczona idzie z nami. Powierzam ją twojej pieczy. Ja będę kierował całością wyprawy.
Żołnierz skinął głową.
Na znak dany przez Tomasza grupa wyruszyła. Szli pieszo. Jeden z ludzi prowadził objuczonego osiołka. Po krótkim czasie wyprawa zagłębiła się w skalny wąwóz. Światło pochodni wydobywało z ciemności fantastyczne kształty. Z lewej strony dochodził szum potoku. Droga przez wąwóz nie trwała długo. Po pewnym czasie weszli pomiędzy skalne załomy i zaczęli piąć się w górę stromą ścieżką, wijącą się między urwiskami. Podejście było uciążliwe, ale Roksana dzielnie dotrzymywała kroku mężczyznom.
Po jakimś czasie stromizna złagodniała, znikły otaczające ich skały. Wyszli na odkrytą przestrzeń, porośniętą wyłaniającymi się w blasku pochodni niewysokimi drzewami i iglastymi zaroślami. Pod butami zaczął chrupać lód, a wokół coraz częściej pojawiały się płaty śniegu. Nie było wiatru, ale wyraźnie czuć było lodowate tchnienie. Wkrótce dał się słyszeć głos księcia:
– Odpoczniemy chwilę. Osioł dalej nie pójdzie. Musimy rozdzielić sprzęt pomiędzy siebie.
Tomasz podszedł do Roksany. Patrzył na jej twarz, zaróżowioną od szybkiego marszu i kosmyki włosów wymykające się spod kaptura.
– Jak się czujesz, najmilsza?
– Dobrze. Dziękuję, że zabrałeś mnie z sobą. Martwiłabym się, czekając sama.
– Teraz będzie znacznie trudniej. Musimy się dostać na przełęcz. Wkrótce wejdziemy na lodowiec. Będziesz szła razem z Joachimem. Nie bój się – będzie ci pomagał. Ja muszę być na czele razem z naszym przewodnikiem.
– Co się właściwie stało? Po kogo idziemy?
– Po zachodzie słońca dotarł do zamku mężczyzna, ten właśnie, który nas prowadzi. Przeprawiał się wraz z żoną i trojgiem dzieci. Byli wysoko, gdy zaskoczyła ich burza. Żona skręciła czy też złamała nogę. Zostawił ich w jaskini.
– Kiedy tam dotrzemy?
– Jeśli się nam uda, to o świcie. W górze mogło spaść sporo śniegu. Ale miejmy nadzieję, że…
Nagle wszystko wokół rozjaśniło się. Na niebie zalśnił oślepiająco biały płomień. W jego blasku oczom dziewczyny ukazały się otaczające ich półkoliście poszarpane szczyty, białe płaszczyzny, lśniący lód. Wszystko tonęło w jasności i przejmującej ciszy. Raptem światło znikło. Czerń nieba przecinała wąska szara smuga.
Pochodnie płonęły w rękach trzymających je znieruchomiałych postaci.
– Co to było? – wyszeptała Roksana.
– Nie wiem – odparł po chwili Tomasz. – Nigdy nie widziałem czegoś takiego.
Wyruszyli w dalszą drogę. Stąpali po płaskich kamieniach pomiędzy lodowcem a opadającą z drugiej strony ciemną ścianą.
– Kiedyś to przejście było często używane – rzekł Joachim. – Najkrótsza droga na południe. Potem klimat się oziębił, lodowiec zwiększył zasięg, a zbójeckie napady odstraszyły podróżnych.
Ścieżka robiła się coraz bardziej stroma i wąska, gubiąc się w lodowym polu, tak że posuwali się dalej tuż pod skałami. Wreszcie doszli do miejsca, w którym lód i śnieg dochodziły do podstawy urwiska.
– Odtąd musimy iść bardzo ostrożnie. Zwiążemy się liną po dwie osoby – zakomenderował Tomasz. – Na szczęście niedługo wstanie dzień. – Spojrzał w górę, gdzie bladły gwiazdy.
Po krótkiej chwili ruszyli dalej. Książę wraz z przewodnikiem szli pierwsi, wyrąbując stopnie w śniegu. Niebo rozjaśniało się coraz bardziej. Wkrótce zaróżowiło się pasmo wysokich chmur, a gdy przystanęli na wyłaniającej się z lodowca skalnej platformie, oczom Roksany ukazały się zdumiewające swym pięknem obrazy. Najpierw niedaleki wierzchołek rozjarzył się purpurowo, a zaraz potem inne szczyty zapalały się blaskiem czerwieni, przechodzącej w złoto. W dole pod nimi leżała warstwa mgły. Wreszcie w oknie pomiędzy masywami pojawiła się tarcza słońca, oświetlając leżące nisko chmury, które zaczęły się ruszać, podnosić, wyginać. Falowały jak morze, odsłaniając ciemne wyspy wzniesień.
– Jakie to cudowne! – wyszeptała.
Słońce stało już wysoko, gdy dotarli do przełęczy. Śnieg skrzył się milionami lśnień, aż oczy bolały. Podejście było bardzo wyczerpujące. Roksana stała oparta o Tomasza, ciężko dysząc. Lekki wiatr przyjemnie chłodził twarz.
– Bardzo się zmęczyłaś? – zapytał z troską.
– Troszeczkę. Ale już dochodzę do siebie. Za chwilę będę mogła iść dalej.
– Już niedaleko. Mam nadzieję, że nie przychodzimy za późno. Wyobrażam sobie, co czuje człowiek, po którego najbliższych idziemy. Nie wiem, czy wytrzymałbym, gdybyś to ty tam była, a nie wiedziałbym, co się z tobą dzieje.
Przytulił ją do siebie.
– Jestem z ciebie dumny, Roksano. Zaimponowałaś mi. Jesteś silna i odważna. Bardzo jestem ci wdzięczny, że ze mną poszłaś.
– Jakże mogłabym inaczej? Przecież ty idziesz ratować innych ludzi. Jeśli mam być z tobą, to także wtedy, kiedy jest ciężko.
– Będziesz szczęśliwa, obiecuję ci to – mówił cicho, patrząc w jej oczy. – A teraz chodźmy już, bo na nas czekają.
Schodzili z przełęczy powoli, brnąc w sypkim śniegu w kierunku spiętrzenia szarych skał. Już z daleka na ich tle dostrzegli wymachującą rękami postać. Jeden ze schodzących wyprzedził pozostałych, sadząc w dół potężnymi susami. Wkrótce dobiegł do skał. Chwycił w objęcia chłopca w białej koszuli, po czym obaj zniknęli. Gdy cała grupa dotarła na miejsce, z wejścia do jaskini wychodził mężczyzna, trzymając na rękach dwójkę opatulonych małych dzieci. Za chwilę wspierając się na chłopcu wyszła z wnętrza kobieta. Doszli do nich.
– Jak dzieci? – spytał książę. – Jest z nami medyk, zaraz się wami zajmie.
– Już dobrze. – Kobieta uśmiechnęła się. – Michał otulił dziewczynki czym się dało. Chyba nie przemarzły. Ach, jak dobrze, że jesteście.
– Nic się nie martwcie. – Tomasz zdjął z siebie płaszcz, narzucił go chłopcu na koszulę. – Macie dzielnego syna.
Medyk opatrzył i unieruchomił złamaną nogę kobiety, po czym zajął się dziewczynkami, które wyraźnie ożywione oglądały twarze przybyłych. Jedna z nich wyciągnęła rączkę i chwyciła medyka za wąsy, mówiąc coś po swojemu.
– Musimy zaraz wyruszyć – powiedział książę. – Przed nami daleka droga, a będziemy iść powoli.
Wkrótce ruszyli w drogę. Gdy dotarli do przełęczy, słońce przekroczyło już najwyższy punkt na niebie. Ucichł wiejący dotąd lekki wiatr. Śnieg stał się lepki, nabijając się pod podeszwy butów. Od zachodu zaczęły się rozwijać kłęby obłoków. Książę z niepokojem spoglądał to na leżący poniżej lodowiec, to znów w niebo.
Schodzili ostrożnie. Odbite od białej powierzchni promienie słońca sprawiały, że zrobiło się gorąco. Nogi wchodziły głęboko w rozmiękły śnieg. Mijali właśnie spiętrzenie lodowca. Z wyniosłych słupów, baszt i ścian kapała woda, a lodowe płaszczyzny błyszczały w słońcu.
– Spójrz, mamusiu, jak się ślicznie błyszczy – zawołała starsza z dziewczynek. – Wygląda jak jakiś zamek. Czy ktoś w nim mieszka?
– Nie wiem, córuś – odparła kobieta. – Ale chyba nie ma w nim księżniczki, bo byłoby jej za zimno.
Dziewczynka zamyśliła się.
– Szkoda. Ale i tak jest piękny.
Po pewnym czasie zaczęli dochodzić do skał urwiska.
– Niedługo będzie lepiej – zauważył Tomasz. – Zejdziemy z lodowca, a potem już tylko…
Nie zdążył dokończyć. Z góry dobiegł trzask, a potem huk. Książę krzyknął:
– Do skał!
Roksana spojrzała zatrwożona w górę. Biały obłok pędził na nich, rosnąc błyskawicznie. Rzucili się w dół. Ciemna ściana była już blisko! Wyło tak strasznie, jakby góry się waliły. Mocno pchnięta przez Joachima, wpadła za skalny załom, za nią któreś z dzieci, uderzył wiatr, ogarnęła ich biała kipiel, z której wyłaniały się podskakujące bryły. Dziewczyna patrzyła, jak Tomasz podaje jej dziecko, objęła je mocno, a w tym momencie wielka bryła uderzyła księcia, porywając go z huczącą rzeką. Roksana krzyczała, tuląc dziewczynkę.
Z dołu dochodził szum lawiny, a w chwilę potem zapadła cisza. Roksana nie mogła wykrztusić ani słowa. Oczy miała szeroko otwarte. Mocno ściskając dziecko, osunęła się w śnieg…
Dniało. Budzący się ze snu błękit nieba zakrywały kłębiaste obłoki, piętrzące się od zachodu. Z pierwszymi kroplami deszczu zaszumiał wiatr. Nagły podmuch targnął konarami rosnącej za oknem topoli. Posypały się gałązki. Błysnęło. Huknął piorun. Anna zerwała się z łóżka, podbiegła do okna i zamknęła je. Szyby zalała woda.
Usiadła na łóżku, zapalając nocną lampkę. Spojrzała na toaletkę. Złotowłosa laleczka stała tuż przy krawędzi. Na jej policzkach lśniły dwie krople. Poniżej na podłodze wśród paru gałązek leżała roztrzaskana figurka księcia.
– Och, laleczko! Krótko byliście przy sobie. Nie wiem, kiedy znajdę ci nowego księcia.
Pozbierała odłamki, odłożyła na miseczkę i zamyśliła się: A czy ja kiedyś znajdę swojego?
Roksana nic nie pamiętała z dalszej drogi. Już w zamku dowiedziała się, że zginął tylko książę.
Siedziała ze wzrokiem wbitym w ścianę. Usłyszała delikatne pukanie. Po chwili w otwartych drzwiach komnaty stanął Joachim. Spojrzała na niego. Spuścił wzrok.
– Wybacz, pani. Właśnie wróciłem z poszukiwań. Nie znaleźliśmy księcia.
Nic nie odpowiedziała. Wyszedł, zamykając cicho drzwi.
Opuściła zamek dwa dni później. Rodzice Tomasza prosili, aby z nimi została.
– Stałaś się nam bliska, Roksano – mówiła księżna. – Pokochaliśmy cię szczerze. Teraz, gdy nie ma naszego syna, byłoby nam lżej, mając cię przy sobie.
– Nie mogę. Wszystko tutaj przypominałoby mi go. Nie wiem, czy bym to wytrzymała. Muszę się zająć pracą.
Wysiadła z karety. Rodzice wyszli przed dom. Joachim stanął przy niej, mnąc kapelusz w dłoni.
– Pani, jeśli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebowała, przybędę na każde zawołanie.
Popatrzyła na niego z wdzięcznością. A potem podbiegła do matki.
Minęło kilka tygodni. Pewnego dnia tuż przed zachodem słońca Mateusz powiedział do żony:
– Jacyś ludzie idą od strony lasu. Schowajcie się do domu. Weź to. – Wsunął jej w dłoń nóż. Sam wyciągnął wbitą w pieniek siekierę.
Teresa ostrożnie wyglądała przez uchylone okno. Na podwórze wchodziło powoli dwóch mężczyzn. Jeden ubrany w skóry z łukiem sterczącym zza pleców. Drugi opierał się o niego, kulejąc. Patrzyła, jak Mateusz wychodzi im naprzeciw z siekierą w ręce, jak odrzuca ją w bok, odwraca się ku domowi i woła:
– Roksana! Córeczko!
Patrzyła, jak Roksana wychodzi przed dom, a za chwilę biegnie i rzuca się w ramiona przybysza…
Anna postawiła obok laleczki figurkę księcia.
– Spójrz, posklejałam go. Nie jest już taki piękny jak przedtem, ale pomyślałam, że dla ciebie nie będzie to miało znaczenia.

Robert Karwat
http://robert-karwat.blog.onet.pl/